Bez słowa Rosie Walsh [Przedpremierowo]

 
 
Kilka dni może zmienić nasze całe życie. Ludzie, którzy pojawili się w naszym życiu zupełnie przypadkiem, są w stanie wywrócić nasz mały świat do góry nogami i pozostawić po sobie zgliszcza...

Sarah przypadkiem poznaje Eddego, spędzają wspólnie najcudowniejszy tydzień, jaki tylko można sobie wymarzyć. Niestety niczym gradowa chmura wisi nad nimi widmo rozstania, obiecują sobie pozostać w kontakcie, zanim nie pozałatwiają swoich spraw i nie wymyślą recepty na wspólne jutro. Wszystko się komplikuje, gdy Eddie przepada niczym kamień w wodę, nie daje znaku życia, zwyczajnie przepada, jest dla Sarah niczym sen, który śniła przez ostatni tydzień. Przyjaciele radzą jej zapomnieć o tej historii, pielęgnować wspomnienia, ale nie liczyć na spektakularne zwrot akcji. Ona jednak nie potrafi odpuścić, czuje, że stało się coś złego i milczenie Eddiego jest podszyte czymś bardzo istotnym. Czy Sarah odnajdzie utraconą miłość i najważniejsze, co takiego ma do ukrycia Eddie i co się z nim stało po zniknięciu z życia Sarah?

Książka Bez słowa to opowieść, która została podzielona na dwie części. W pierwszej mamy narrację tylko pisaną z perspektywy Sarah — muszę przyznać, że pierwsza część strasznie mnie irytowała, nudziła. Rozumiem, że autorka chciała zbudować napięcie, wzbudzić w czytelniku ciekawość, jednak nadmierną liczbą zapychaczy i scen nic niewnoszących do fabuły zabijała mój zapał do czytania. Właściwie tylko ta ciekawość, co stało się z Eddim, trzymała mnie przy lekturze. W drugiej części z kolei akcja pędzi wręcz na łeb na szyje dzieje się wiele i w niewielkim czasie. Uważam, że wadą tej opowieści jest przydługi początek.

Po przejściu przez pierwszą część byłam naprawdę znudzona piórem Rosie Walsh i kreacją głównej bohaterki, która moim zdaniem była rozlazła i nijaka. Na szczęście warto przetrwać mozolność i nijakość, bo w drugiej części autorka pokazuje, że jednak potrafi pisać i całkiem nieźle wychodzi jej urzeczywistnianie postaci i kreowanie wątków miłosnych, rodzinnych. Wielkim plusem całości jest tajemnica, która wisi gdzieś tam nad fabułą i mimo niewielkich zgrzytów z początkiem przyciągnęła mnie na tyle, że musiałam dowiedzieć się, co tam takiego się wydarzyło i dlaczego w ten, a nie inny sposób postąpił główny bohater.

Na szczęście tajemnica nie okazała się wybujałą historyjką, która mogłaby mnie rozczarować i po której mogłabym stwierdzić, że nie warto było czekać na rozwiązanie. Rosie Walsh mnie zaskoczyła, sprawiła, że w książce odnalazłam ten bliżej nieokreślony i nienazwany efekt wow, dla którego inne wady przestają istnieć, a książka staje się czymś, do czego z chęcią się będzie wracać.

Rosie Walsh potrafi wzbudzić emocje, zarówno te negatywne, jak i pozytywne. Potrafiła wcisnąć ze mnie łzy, zaangażować mnie i pomimo braku sympatii do głównej bohaterki, potrafiłam jej współczuć, czuć jej emocje. Za te emocje i nieprzewidywalność Bez słowa plasuje się wysoko na mojej liście najlepszych i nawet te drobne wady początkowe, nie są w stanie przyćmić całości. Tak emocjonującej opowieści pełnej niespodziewanych zwrotów akcji, zaskakujących momentów i miłości, która naprawdę nigdy nie powinna zaiskrzyć, dawno nie czytałam. Bez słowa polecam wielbicielom powieści obyczajowych i przede wszystkim czytelnikom, którzy mają w sobie, choć odrobinę wrażliwości a emocje zawarte w książkach są dla nich istotne.
 
 
PREMIERA: 1.10.2018 r.
Bez słowa
Rosie Walsh
Tłumaczenie: Aleksandra Szymił
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału:
Ghosted
Literatura obyczajowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger