Twardziel Laurelin Paige



Do końca nie wiem, dlaczego zdecydowałam się na tę książkę. Chyba tylko ze względu na to, że Laurelin Paige jeszcze mnie nie zawiodła. Jej serię o Hudsonie kocham, a historia z Pierwszego dotyku na wiele miesięcy pozostała w moim sercu i tli się po dziś dzień. Tym razem jednak było zupełnie inaczej...

Typowy schemat jak w większości romansów, erotyków. Iskrzenie od pierwszego dotyku, atmosfera gęsta od pożądania, a jednak wzajemna niechęć właściwie do końca niczym nieuzasadniona. Zazwyczaj zupełnie nie przeszkadzają mi schematy, o ile autorka potrafi poprowadzić, je tak, aby chciało mi się czytać, abym czuła ekscytację i emocje bohaterów. Czytając Twardziela, nie czułam NIC poza irytacją, a poprowadzenie fabuły zmuszało mnie do zerkania na ostatnią stronę i liczenia stron, które jeszcze mi pozostały.

Nie wiem, co się zadziało. Czy dla mnie to już zmęczenie materiału, jeżeli chodzi o erotyki? Chyba nie, bo czytuję takie nadal i nie każda pozycja mnie zawodzi, choć stałam się już bardziej wybredna i krytyczna, jeżeli chodzi o ten gatunek. Romans erotyczny kojarzy mi się przede wszystkimi z lekturą lekką i przyjemną, która szybko się czyta i pochłania w jeden wieczór. Twardziel jednak zmęczył mnie do tego stopnia, że czytając go, robiłam przerwy na inne bardziej emocjonujące lektury i wracałam do niego tylko z poczucia nieprzyjemnego obowiązku niż z przyjemnością.

Po pierwsze irytująca bohaterka, momentami wręcz głupia, nieumiejąca domyślić się niczego, co klaruje się w jej towarzystwie. Owszem autorka stara się usprawiedliwić jej zachowanie, kreuje jakąś przeszłość, która ją ukształtowała. Dla mnie jednak było to takie wymuszone, pospolite bez polotu i emocji. A czego jak czego, ale braku jakichkolwiek emocji nie jestem w stanie wybaczyć. Sytuację w niewielkim stopniu ratuje główny bohater, który był dojrzalszy nieco bardziej spójny, jednak w dalszym stopniu nie dorasta do pięt ulubionym męskim postaciom, które skradły moje serce.

Fabuła również nie zachwyca. Pomijam przewidywalność, bo to akurat cos co da się przełknąć, jednak mozolne poprowadzenie akcji doprowadzało mnie do szału. Dawno żadna książka nie wynudziłam mnie do tego stopnia. Męczyłam się z Twardzielem prawie dwa miesiące i czekałam na TEN moment, który mnie wciągnie. Liczyłam, że mniej więcej w połowie akcja bardziej się rozkręci... Potem żyłam nadzieją, że zakończenie obroni całość. Jednak jedyną emocją, jaką czułam po Twardzielu to radość z tego, że to już koniec.

Niezwykle płytka, nic niewnosząca historia pełna chyba miłości, choć budowanej na chybotliwych fundamentalne i na cielesności. Dla mnie to najsłabsza książka tej autorki i jestem pewna, że jej kolejne dzieła będę dobierała z większą rozwagą i dystansem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger