Poświęcenie Adriana Locke - Fragment powieśći.



Rozdział 1
CREW

Rozmokła breja chrzęści mi pod butami, a z ust wydobywają się kłęby pary.
Pochylam głowę bardziej, naciągając wyciągnięty spod kurtki kaptur bluzy, żeby zakryć twarz. Wciskam papierową torbę pod pachę z nadzieją, że nic z niej nie wypadnie na mokry asfalt. Pozostałości ostatniego śniegu zalegają pod drzewami i w cieniach wielkich kompleksów mieszkalnych wyłaniających się przede mną. Ludzie przebywają na zewnątrz mimo przenikliwego zimna. Siedzą na werandach swoich mieszkań, paląc jakieś gówno, które z pewnością nie jest tytoniem. Z kominów kilku jednorodzinnych domów unosi się dym. W większości są zniszczone, niemal przegniłe. Zaciskam zęby. Nienawidzę, że tu mieszkają. W zasięgu mojego wzroku pojawia się mieszkanie. Z prawej strony drzwi stoi drewniane krzesło, a na nim leży poduszka w wyblakłe żółto-czerwone paski. Schody na ganek są w złym stanie i wchodząc po nich, drugi muszę przeskoczyć. Po prawej jego stronie jest pęknięcie i nie mam wątpliwości, że gdybym na nim stanął, zarwałby się. Krzywię się, zapamiętując, żeby zadzwonić do właściciela. Bydlak może nie interesować się tym miejscem, ale już niedługo. Postaram się o to. Pukam do drzwi. Jest kurewsko zimno, nawet jak na Boston pod koniec lutego. Temperatura sprawiła, że rozładunek towaru w stoczni bardzo się dłużył. Po południu trochę się ociepliło, ale teraz, gdy słońce zachodzi, chłód przenika przez moją kurtkę Carhartta.
Przysuwam ręce do ust, pocierając nimi o siebie i ogrzewając je wydychanym powietrzem. Pukam ponownie, zniecierpliwiony. Słyszę grającą po drugiej stronie drzwi muzykę, coś Johna Mayera, którego zawsze uwielbiała. Z mieszkania obok dochodzi głośny łomot, jakby jakiś drewniany przedmiot uderzył o coś, a po nim następuje krzyk. Zmarznięty i zirytowany przekręcam klamkę z myślą, że towarzyszący temu dźwięk sprawi, że podda się i mnie wpuści. Zaciskam szczękę, gdy bez problemu otwieram drzwi. Kawałek farby odpada od drewna i spada na płytki. Co ona sobie, do cholery, myśli? Wchodzę do środka, ściągając kaptur z głowy, i rozglądam się po kuchni. Muzyka gra z leżącego na blacie telefonu, a w stojącym na starej kuchence garnku coś bulgocze.Zauważam, że w zlewie piętrzą się nieumyte gary, co jest do niej niepodobne. Normalnie pedantycznie dba o każdy detal i zajmuje się wszystkim, co tylko zdoła kontrolować. Może być to cholernie irytujące, ale odkryłem, że jest to reakcja na całe to gówno w jej życiu, nad którym nie może zapanować. Stawiam torbę na stole, przesuwając koszyk z jabłkami, który na nim stoi. Gdy wychodzi zza rogu, otwiera szeroko swoje brązowe oczy i chwyta ręką futrynę, nie spodziewając się mnie.
– Cholera, Crew! – mówi Julia, przyciskając jedną dłoń do piersi. Jej ramiona
rozluźniają się, a usta opuszcza ciche westchnienie. Żywię lekko optymistyczną nadzieję, że może czuje ulgę na mój widok, ale szybko mi przechodzi. Prostuje się i mruży oczy. Nie mam pojęcia, jak myślała, że na to zareaguję, ale nieszczególnie mnie to interesuje.
– Zamykaj te pieprzone drzwi – warczę, odwzajemniając spojrzenie. – Masz szczęście, że to ja, a nie jakiś gnojek z jednego z mieszkań po drugiej stronie ulicy.
– Całe szczęście, że to ty. – Jej głos ocieka sarkazmem, gdy kręci głową, a jej długie czarne loki huśtają się na boki. Podchodzi do kuchenki i wyłącza muzykę.
Uderzam wierzchem dłoni w papierową torbę, na co wzdryga się.
– Przyniosłem ci trochę rzeczy.
– Przestań przynosić mi rzeczy.
Stoi do mnie tyłem, podnosi pokrywkę i głośno przykrywa nią garnek. Wiem, że nie cieszy się na mój widok, bo tak jest zawsze. Gówniana sprawa.
– Gdzie małpeczka? – pytam.
– W salonie.
Mówi beznamiętnym głosem, ale przywykłem do tego. Nie oczekuję od niej nic więcej. Nie mogę.
– Everleigh! Przyjdź tutaj, dziecinko – woła.
To taka naturalna rzecz, gdy matka woła swoje dziecko na kolację. Wygląda to jak normalna część zwyczajnego życia. Ale wiem, jak jest naprawdę.
Pozory mylą, ale rozkoszuję się tą chwilą. Biorę, co mogę. Kilka sekund później rozlega się tupot małych stóp.
– Wujek Crew!
Klękam na jedno kolano, gdy do mnie biegnie, a za jej plecami płyną czarne włosy.
– Wujek Crew! – krzyczy ponownie i wpada mi w ramiona, wtulając twarz w zimną kurtkę. Szybko odpinam suwak z obawy, że zimny metal zostawi ślad na jej malutkiej buzi. Dotykam ustami jej czoła, gdy mnie obejmuje. Przyciągam ją do siebie, przeczesując palcami czarne włosy, i wdycham zapach gumy balonowej, który kojarzy mi się z moją małą bratanicą.
– Jak się masz, małpeczko?
– Mam się dobrze – chichocze, po czym odchyla głowę i patrzy na mnie wyczekująco.
– Przyniosłeś mi coś?
– Everleigh Nicole! – strofuje ją Julia. – Gdzie twoje maniery?
– Ale to wujek Crew. – Trzepocze rzęsami, patrząc na mamę, która w odpowiedzi przewraca oczami. – Przyniosłeś mi coś, prawda? – Znowu patrzy na mnie, przy czym uśmiecha się od ucha do ucha.
Nigdy nie zdołałbym odmówić temu dziecku. Mogłaby poprosić o pieprzony księżyc, a ja znalazłbym sposób, żeby go zdobyć.
– Daj spokój. Wiesz, że ci coś przyniosłem.
Everleigh chichocze i podskakuje w miejscu, a ręce splata na przodzie koszuli z Dzwoneczkiem. Sięgam do torby, grzebię w zakupach i wyciągam kolorowankę oraz pudełko kredek. Naprawdę nie mam pojęcia, jakie znajdują się w niej obrazki, ale była to jedyna kolorowanka, jaką mieli w sklepie.
– Jej! – piszczy i unosi rzeczy do góry tak, żeby Julia je zobaczyła. – Dziękuję!
Pokoloruję ci coś pięknego, żebyś mógł powiesić w swoim domu.
– Nie ma za co. – Podtrzymuję jej spojrzenie i kiwam nieznacznie głową, żeby wiedziała, że kontynuujemy naszą zabawę. Usiłuje puścić mi oczko, ale zamiast tego przez chwilę drżą jej obie powieki. Z całych sił staram się nie zaśmiać. Gdy tylko Julia odwraca się do nas tyłem, podaję jej bananowe ciągutki Laffy Taffy, a ona całuje mnie w policzek. Stara się z całych sił, żeby wyjść ukradkiem do salonu i uniknąć przyłapania na jedzeniu słodyczy przed kolacją. Patrzę, jak odchodzi. Jej długie włosy, takie same, jak u mamy, prawie sięgają talii. Jest tak podobna do Julii. Ma taką samą twarz w kształcie serca, wysokie kości policzkowe i ma w sobie ten sam wdzięk.
Mimo to w dużym stopniu przypomina też mojego brata. Jest wysoka, jak Gage, i góruje nad większością swoich pięcioletnich przyjaciół. Ma taki sam kolor oczu, niczym niebo nad portem w bezchmurny dzień. Ale to, co najbardziej przypomina mi w niej mojegobrata, to dusza. Tak samo jak Gage, Ever jest o wiele rozsądniejsza niż rówieśnicy. Wykazuje mądrość i dojrzałość prawdopodobnie większą niż ja w wieku dwudziestu lat.
Mój brat tak bardzo ją kochał. Wzdycham i opieram się o starą lodówkę. Czuję, jak ugina się pod moim ciężarem. Julia ignoruje mnie i robi coś przy kuchence. Ma związane włosy i widzę napięcie w jej ramionach, ma wojowniczą postawę. Tak samo wyglądała w liceum, gdy wracała do domu
po awanturze z jej beznadziejnymi rodzicami. Nienawidzę tego tak samo, jak nienawidziłem wtedy. Z tym że teraz o tę postawę mogłem winić jedynie siebie.
– Wszystko w porządku? – pytam, zastanawiając się czy w ogóle mi odpowie.
Czasami odpowiada. A czasami nie. Te dwa lata, odkąd nasze światy się rozpadły, były bardzo długie. Udało nam się jednak dojść do pewnego niewypowiedzianego zrozumienia. Zaakceptowałem fakt, że będzie
mnie nienawidziła do końca życia. Ona zaakceptowała fakt, że nie odejdę. Poczyniliśmy nawet pewne postępy. Ona nie grozi mi już sądowym zakazem zbliżania się. Ja nie wkurzam się na jej odmowę współpracy. Po prostu robię, co muszę, a ona obraża się, ale akceptuje to. Postęp.
– Jules? – pytam ponownie, obserwując ją uważnie. Normalnie nie naciskam, po prostu zostawiam to, co mam, i znikam. Jednak dzisiaj wydaje się bardziej przybita. Wiem, że prawdopodobnie w tym tygodniu tęskni za nim bardziej, niż zwykle, bo przechodzę przez to samo. To sprawia, że mam ochotę iść się napić, ale nie mogę jej zostawić samej, dopóki nie
upewnię się, że wszystko jest dobrze. Jestem jej to winien. – Wszystko w porządku? Widzę, że odkłada łyżkę, po czym pochyla głowę, dlatego przygotowuję się na nieznane.
– Wyśmienicie.
Mówi to tak cicho, że ledwie ją słyszę. Zaciska ręce po bokach kuchenki i nie rusza się. Przygryzam wargę i obserwuję ją, czekam, aż da mi jakąś wskazówkę odnośnie tego, o czym myśli. Nie naprowadza mnie na żadne trop.
– Potrzebujesz czegoś?
– Nie, Crew – mówi, obracając się na pięcie. – Nie potrzebuję. – Jej oczy ciskają gromy i emanują emocjami, których nie jestem w stanie określić. – Nie potrzebowałam też zmiany opon w samochodzie.
– O czym ty mówisz? – pytam, udając, że nic o tym nie wiem. Wiedziałem, że będzie mi za to truć nad uchem, ale nie miałem wyboru. Nie mogłem pozwolić, żeby woziła Everleigh na łysych oponach.
– A więc nie przysłałeś do mojego biura Willa, żeby wziął mój samochód? To miłe z jego strony, że poprosił o kluczyki na oczach połowy działu. Dobrze rozegrane. Jak niby miałam się z nim kłócić, nie robią przy tym scen?
Wzruszam ramionami.
– Przestań to robić. Proszę. Potrafię sama o siebie zadbać.
Odbywamy teraz milczącą rozmowę, wymieniając się spojrzeniami, chociaż żadne z nas jej nie chce. Mówi mi, że nie jest już tą małą dziewczyną, którą znałem. Ale to nie tak, że o tym nie wiem. Może i dorosła, ale to, jaką kobietą się stała, w dużej mierze powiązane jest z decyzjami, które ja podjąłem.
Jest tak kurewsko wiele rzeczy, które bym zmienił, gdybym wiedział jak. Ale nie mogę.
– Jak ona się czuje? – pytam, kiwając głową w stronę salonu i usiłując zmienić temat.
Julia wzdycha, a na jej twarzy pojawia się zmęczenie.
– Dobrze. Rano nie było najlepiej, więc została z panią Bennett.
– Olivią? Panią z sąsiedztwa?
– Tak. Choć teraz wygląda, jakby było lepiej. – Posyła mi nieznaczny uśmiech, po czym wbija wzrok w podłogę. – Ever kocha, gdy przychodzisz, więc jestem pewna, że teraz będzie wesoła. Ona cię lubi.
Ta insynuacja trafia mnie boleśnie w pierś.
– Wcześniej strasznie za nim tęskniła.
Tematem naszych rozmów nigdy nie był Gage, chyba że się kłóciliśmy. Fakt, że właśnie o nim wspomina szokuje mnie i nie czuję się z tym dobrze. Nie wiem, jak to przyjąć. Czuję, jak szczęka pulsuje mi z frustracji, dlatego ponownie staram się zmienić temat.
– Dlaczego tu jest tak chłodno?
Julia przestaje się uśmiechać i szarpie nerwowo materiał bluzy.
– Nie wiedziałam, że jest.
– Jak możesz nie wiedzieć? – Jestem w drodze do termostatu, gdy słyszę jej
chrząknięcie.
– Grzejnik szwankuje. Prosiłam kilka dni temu właściciela, żeby przyszedł i to sprawdził.– A on się nie zjawił? – Rzucam jej spojrzenie, a ona kręci głową. – Dzisiaj się pojawi.
– Wyciągam telefon z kieszeni.
– Crew, nie. Proszę. Ostatnim razem, gdy do niego zadzwoniłeś, kilka miesięcy zachowywał się wobec mnie jak kompletny dupek. Dopiero teraz zaczęłam się z nim na nowo dogadywać.
Przeglądam listę kontaktów, szukając jego imienia.
– Crew... – Wiem, że błaga mnie tym swoim sarnim spojrzeniem. Wiem też, że jeśli na nią spojrzę, będę skłonny odpuścić.
Dlatego nie podnoszę wzroku.

Rozdział 2
JULIA
 
Kończę kolejną bajkę o biednej księżniczce, która spotyka dobrotliwego księcia. Są to ulubione bajki Everleigh na dobranoc. Gdy byłam dzieckiem, też je uwielbiałam. Miałam w zwyczaju leżeć w nocy z zaciśniętymi powiekami i wymyślać historie o rycerzu w lśniącej
zbroi, który przychodzi mi na ratunek. Wspinał się po treliażu przy ścianie pod moją sypialnią i pukał cztery razy do okna. Nie jestem pewna, dlaczego cztery razy, ale zawsze tak robił.
Pędziłam do niego, a on sprowadzał mnie na dół i zabierał od rodziców.
Z tych historii stworzone są marzenia małych dziewczynek. Czego jeszcze muszą się nauczyć, to że gdy znajdują się one w zasięgu twojej ręki i znikają gwałtownie, wracają w postaci koszmarów.
Kładę książkę obok siebie, na kołdrze Everleigh. Leży u mojego boku, świeżo po kąpieli, pachnąc gumą truskawkową. Wtula się we mnie, przyciskając do siebie sfatygowaną małpkę, którą ma od urodzenia. Odgarniam włosy z jej twarzy, a ona uśmiecha się do mnie.
– Mamusiu, myślisz, że któregoś dnia mogłabym spotkać księcia? I mogłabym być
piękną księżniczką i żyć w zamku?
Uśmiechnęłam się na jej niewinność.
Już niedługo się nauczy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger