„Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher.



Życie bywa przewrotne i nieprzewidywalne. W jednej chwili jesteśmy beztroskimi istotami, w kolejnej zderzamy się z beznadziejnością egzystencji. Czasami potrzeba niewiele, aby wszystko to, co układaliśmy, posypało się niczym domek z kart. Jak budować siebie na zgliszczach tego, co było?

Dominika niegdyś pogodna i zwyczajna nastolatka, dziś młoda dziewczyna przytłoczona codziennością. Przyszło jej się zmierzyć z życiem naznaczonym bliznami, dosłownie i w przenośni. Dziewczyna została dotkliwie poparzona, ucierpiała w wypadku, który nigdy nie powinien się wydarzyć. Za jej stan odpowiedzialny jest jej ojciec, mężczyzna, który oddałby swoje życie za nią, popełnił okropny błąd, skrzywdził swoją córkę zupełnie niezamierzenie. Dziś każdy z nich jest w innym miejscu i stara się na nowo odgadnąć sens swojego życia. Podczas jednej z wizyt w szpitalu, Dominika poznaje uroczego Tomasza, który na jej przykładzie chce oprzeć pracę magisterską. Zrządzenie losu sprawia, że Dominika poznaje również Marcela — brata Tomasza i jego zupełne przeciwieństwo. Co wyniknie z tej znajomości?

Augusta Docher (Znana również pod pseudonimem Beata Majewska) zadebiutowała w 2015 r. powieścią dla młodzieży Eperu. Od tamtej pory wydała już pięć książek, a Najlepszy powód, by żyć jest szóstą powieścią w jej kolekcji. Jak dotąd najbliżej mojemu sercu jest cykl o Wędrowcach i jak na razie nie zapowiada się, aby inna książka autorki mogła przebić tę wyżej wspomnianą.

W powieści Najlepszy powód, by żyć, autorka postawiła na narrację pierwszoosobową naprzemienną. Starała się uwydatnić poszczególne postacie i ich wewnętrzne rozterki. Niestety zupełnie nie potrafiłam wczuć się w żadną z wykreowanych postaci, każda, na swój sposób, działa na mnie jak płachta na byka. Nie rozumiałam postępowania bohaterów, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafiłam współczuć bohaterom. Augusta Docher poruszyła ciężki temat, w dodatku historia Dominiki jest oparta w jakimś stopniu na prawdziwej historii, niestety sposób opisywania przez autorkę emocji nie urzekł mnie, nie wzbudził we mnie łez, nie poczułam nic, a cała historia wydaje się tylko zmarnowany potencjałem.

Po zapowiedziach, pierwszych opiniach i przede wszystkim po informacji, że książka ma swoje małe odzwierciedlenie w rzeczywistości, liczyłam na prawdziwą bombę emocjonalną. Dostałam tylko romans jakich wiele. Miałam nadzieję na więcej z przeszłości Dominiki, Augusta Docher pomieszała kilka rozdziałów, tytułując je przedtem i teraz. Chciałam więcej Dominiki przedtem, w tym można było wycisnąć emocje jak cytrynę, a było to tylko powierzchowne. Cała kreacja bohaterki nie przemówiła do mnie, pomijam fakt, że nie rozumiałam jej postępowania, ale również pod względem emocjonalnym ta postać jest pusta, papierowa do granic możliwości i przeraźliwie sztuczna. Miłość, jaką darzy bohaterka swojego ojca, jest prawdziwa i szczera, a jednocześnie nijaka, pozbawiona głębszego sensu, zakorzeniona w bohaterce, ale problem w tym, że autorka nie przybliża szczegółów tej relacji, ona po prostu istnieje, bo tego właśnie chciała pisarka. Nie było w tym wiarygodności, realności. Z kolei, jeżeli chodzi o postacie męskie, to tutaj było ciut lepiej. Tomasz został wykreowany na miłego chłopaka, odrobinę enigmatycznego, dającego się lubić. Natomiast z Marcela, jak mniemam, autorka chciała stworzyć typowego bad boya, dla mnie niestety nie był takim, był raczej hybrydą niegrzecznego chłopca. Lubię Bad boyów, ale nie wtedy kiedy robi się z nich aż takich ignorantów i rozkapryszonych narcyzów. W dodatku Augusta Docher dla podbicia niegrzeczności Marcela wplotła w fabułę epizod przypadkowego intymnego spotkania w piwnicy, dla mnie ta scena była niepotrzebna i wręcz budząca obrzydzenie.

Wnioskuję, że skoro książka komuś się jednak podobała, pozytywy nie biorą się znikąd, być może spodoba się również wam. Jeżeli miałabym powiedzieć subiektywnie, nie czułabym się czysto, polecając wam powieść, jednak powiem, żebyście czytali, jak macie ochotę, a potem wrócicie tu i powymieniajmy swoje spostrzeżenia. Każdy z nas ma inny gust i każdy w książkach szuka czegoś innego. Ja szukam przede wszystkim emocji, ich tutaj nie znalazłam, ale jest miłość, błędy młodości i niejasna przyszłość. Może wam przypadnie do gustu?


Przy zakończeniu chciałabym tylko szepnąć słówko na temat języka jakim, w tej powieści, operowała Augusta Docher. Mam wrażenie, że luźna forma nie pasuje do autorki. W Anatomii uległości, choć historia mnie nie kupiła, przekonał mnie język — piękny, barwny i płynny. Tutaj było dość sztywno i sztucznie, ponieważ autorka na siłę chciała wprowadzić luźny ton, który działa zupełnie inaczej. Angielskie wstawki, choć powszechnie znane, mogą irytować, a dziwny młodzieżowy slang zupełnie nie pasuje mi do współczesnej młodzieży. Fakt nie zaliczam się już do nastolatków, ale myślę, że jeszcze nadaje z nimi na podobnych falach i ten język nie pasuje mi do rzeczywistości.

Najlepszy powód, by żyć to książka, która miała pokazać mi ból, przede wszystkim psychiczny, osoby, która doznała ciężkiego poparzenia. Niestety nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Gdybym wiedziała, że to kolejny beztroski romans z delikatnie zrysowanymi problemami, chyba bym się nie zdecydowała na czytanie.
Recenzja napisana przy współpracy z wydawnictwem OMGbooks
Dziękuję za zaufanie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger