Był sobie szczeniaczek  W. Bruce Cameron

Był sobie szczeniaczek W. Bruce Cameron




Był sobie pies to książka, która podbiła moje serce. Byłam nią oczarowana, a moja miłość do zwierząt tylko potęgowała to uczucie. W tej historii pokochałam każde wcielenie pieskiego bohatera powieści. Ellie Pies policyjny najbardziej mnie fascynował, dlatego też ucieszyłam się na rozwinięcie tej historii.

Ellie przyszła na świat w hodowli od razu czuła się przywódcą wśród stada, ale wiedziała, że silniejszemu (człowiekowi) należy być posłusznym. Trafia pod opiekę policjanta Jacoba. Ellie radziła sobie idealnie, dlatego też szybko zdała testy i została psem policyjnym i tu zaczyna się jej przyjmująca historia.

Na początku muszę zaznaczyć, że książka jest skierowana do młodszego czytelnika, przyjemnie większy i przejrzysty font nie męczy wzroku i ułatwia czytanie młodym spragnionym lektury dzieciakom. Narracja podobnie jak w Był sobie pies jest pierwszoosobowa prowadzona z perspektywy psa, co dodaje uroku tejże opowieści. Całość napisana prostym, zrozumiałym językiem. Przez tekst się płynie, czyta się szybko i przyjemnie.

Jeżeli chodzi o mnie, to po skończeniu książki czuję pewien niedosyt. Przede wszystkim liczyłam na rozwinięcie wątku już policyjnych, na uwydatnienie tego, co było pokazane w Był sobie pies i dodanie smaczków, których nie było wcześniej. Tymczasem dostałam niemal kropka w kropkę to, co było już Był sobie pies minimalnie rozszerzone o pierwsze tygodnie życia Ellie. Momentami nudziłam się na tej książce niemiłosiernie, bo wszystko było już wcześniej. Myślę, że czytelnicy, którzy nie czytali książki Był sobie pies, powinni być bardziej usatysfakcjonowani lekturą.

Uwaga testowane na dzieciach!

Jako że nie do końca książka przemówiła do mnie, jak wspomniałam była powtórzeniem tego, co znałam już z poprzedniej lektury, przez to nie mogłam poczuć emocji psiaka i tego, w jaki sposób diametralnie zmienia się jej pieskie życie. Doceniając jednak sposób budowy tekstu i miłość do zwierząt płynącą z kart powieści postanowiłam przetestować książkę na moich dziewczynach. Młodsza (lat cztery) odpadła w przedbiegach, bo raczej skupiamy się na krótszych formach. Natomiast starsza (lat siedem) była bardzo zaintrygowana tym, co dzieje się w książce, przeżywała każdy rozdział i nie mogła się doczekać, kiedy wrócimy do czytania. Widziałam emocje córki, chętnie się nimi ze mną dzieliła, widziałam jej smutek, kiedy w życiu Ellie zaczynało dziać się źle i widziałam radość, kiedy Ellie była szczęśliwa.

Sądzę, że książka może się spodobać młodszemu czytelnikowi, nawet jeżeli ja nie do końca jestem zadowolona z czytania, widzę, jak wielkie pozytywne wrażenie zrobiła na mojej córce.
Ta słodko-gorzka opowieść o pieskim żywocie uczy nie tylko szacunku do zwierząt, ale też empatii. Myślę, że warto w nią zainwestować.

Był sobie szczeniaczek
Autor:
W. Bruce Cameron
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 224
Premiera: 23.05.2018 r.
Tłumaczenie:
Edyta Świerczyńska
Poświęcenie Adriana Locke - Fragment powieśći.

Poświęcenie Adriana Locke - Fragment powieśći.



Rozdział 1
CREW

Rozmokła breja chrzęści mi pod butami, a z ust wydobywają się kłęby pary.
Pochylam głowę bardziej, naciągając wyciągnięty spod kurtki kaptur bluzy, żeby zakryć twarz. Wciskam papierową torbę pod pachę z nadzieją, że nic z niej nie wypadnie na mokry asfalt. Pozostałości ostatniego śniegu zalegają pod drzewami i w cieniach wielkich kompleksów mieszkalnych wyłaniających się przede mną. Ludzie przebywają na zewnątrz mimo przenikliwego zimna. Siedzą na werandach swoich mieszkań, paląc jakieś gówno, które z pewnością nie jest tytoniem. Z kominów kilku jednorodzinnych domów unosi się dym. W większości są zniszczone, niemal przegniłe. Zaciskam zęby. Nienawidzę, że tu mieszkają. W zasięgu mojego wzroku pojawia się mieszkanie. Z prawej strony drzwi stoi drewniane krzesło, a na nim leży poduszka w wyblakłe żółto-czerwone paski. Schody na ganek są w złym stanie i wchodząc po nich, drugi muszę przeskoczyć. Po prawej jego stronie jest pęknięcie i nie mam wątpliwości, że gdybym na nim stanął, zarwałby się. Krzywię się, zapamiętując, żeby zadzwonić do właściciela. Bydlak może nie interesować się tym miejscem, ale już niedługo. Postaram się o to. Pukam do drzwi. Jest kurewsko zimno, nawet jak na Boston pod koniec lutego. Temperatura sprawiła, że rozładunek towaru w stoczni bardzo się dłużył. Po południu trochę się ociepliło, ale teraz, gdy słońce zachodzi, chłód przenika przez moją kurtkę Carhartta.
Przysuwam ręce do ust, pocierając nimi o siebie i ogrzewając je wydychanym powietrzem. Pukam ponownie, zniecierpliwiony. Słyszę grającą po drugiej stronie drzwi muzykę, coś Johna Mayera, którego zawsze uwielbiała. Z mieszkania obok dochodzi głośny łomot, jakby jakiś drewniany przedmiot uderzył o coś, a po nim następuje krzyk. Zmarznięty i zirytowany przekręcam klamkę z myślą, że towarzyszący temu dźwięk sprawi, że podda się i mnie wpuści. Zaciskam szczękę, gdy bez problemu otwieram drzwi. Kawałek farby odpada od drewna i spada na płytki. Co ona sobie, do cholery, myśli? Wchodzę do środka, ściągając kaptur z głowy, i rozglądam się po kuchni. Muzyka gra z leżącego na blacie telefonu, a w stojącym na starej kuchence garnku coś bulgocze.Zauważam, że w zlewie piętrzą się nieumyte gary, co jest do niej niepodobne. Normalnie pedantycznie dba o każdy detal i zajmuje się wszystkim, co tylko zdoła kontrolować. Może być to cholernie irytujące, ale odkryłem, że jest to reakcja na całe to gówno w jej życiu, nad którym nie może zapanować. Stawiam torbę na stole, przesuwając koszyk z jabłkami, który na nim stoi. Gdy wychodzi zza rogu, otwiera szeroko swoje brązowe oczy i chwyta ręką futrynę, nie spodziewając się mnie.
– Cholera, Crew! – mówi Julia, przyciskając jedną dłoń do piersi. Jej ramiona
rozluźniają się, a usta opuszcza ciche westchnienie. Żywię lekko optymistyczną nadzieję, że może czuje ulgę na mój widok, ale szybko mi przechodzi. Prostuje się i mruży oczy. Nie mam pojęcia, jak myślała, że na to zareaguję, ale nieszczególnie mnie to interesuje.
– Zamykaj te pieprzone drzwi – warczę, odwzajemniając spojrzenie. – Masz szczęście, że to ja, a nie jakiś gnojek z jednego z mieszkań po drugiej stronie ulicy.
– Całe szczęście, że to ty. – Jej głos ocieka sarkazmem, gdy kręci głową, a jej długie czarne loki huśtają się na boki. Podchodzi do kuchenki i wyłącza muzykę.
Uderzam wierzchem dłoni w papierową torbę, na co wzdryga się.
– Przyniosłem ci trochę rzeczy.
– Przestań przynosić mi rzeczy.
Stoi do mnie tyłem, podnosi pokrywkę i głośno przykrywa nią garnek. Wiem, że nie cieszy się na mój widok, bo tak jest zawsze. Gówniana sprawa.
– Gdzie małpeczka? – pytam.
– W salonie.
Mówi beznamiętnym głosem, ale przywykłem do tego. Nie oczekuję od niej nic więcej. Nie mogę.
– Everleigh! Przyjdź tutaj, dziecinko – woła.
To taka naturalna rzecz, gdy matka woła swoje dziecko na kolację. Wygląda to jak normalna część zwyczajnego życia. Ale wiem, jak jest naprawdę.
Pozory mylą, ale rozkoszuję się tą chwilą. Biorę, co mogę. Kilka sekund później rozlega się tupot małych stóp.
– Wujek Crew!
Klękam na jedno kolano, gdy do mnie biegnie, a za jej plecami płyną czarne włosy.
– Wujek Crew! – krzyczy ponownie i wpada mi w ramiona, wtulając twarz w zimną kurtkę. Szybko odpinam suwak z obawy, że zimny metal zostawi ślad na jej malutkiej buzi. Dotykam ustami jej czoła, gdy mnie obejmuje. Przyciągam ją do siebie, przeczesując palcami czarne włosy, i wdycham zapach gumy balonowej, który kojarzy mi się z moją małą bratanicą.
– Jak się masz, małpeczko?
– Mam się dobrze – chichocze, po czym odchyla głowę i patrzy na mnie wyczekująco.
– Przyniosłeś mi coś?
– Everleigh Nicole! – strofuje ją Julia. – Gdzie twoje maniery?
– Ale to wujek Crew. – Trzepocze rzęsami, patrząc na mamę, która w odpowiedzi przewraca oczami. – Przyniosłeś mi coś, prawda? – Znowu patrzy na mnie, przy czym uśmiecha się od ucha do ucha.
Nigdy nie zdołałbym odmówić temu dziecku. Mogłaby poprosić o pieprzony księżyc, a ja znalazłbym sposób, żeby go zdobyć.
– Daj spokój. Wiesz, że ci coś przyniosłem.
Everleigh chichocze i podskakuje w miejscu, a ręce splata na przodzie koszuli z Dzwoneczkiem. Sięgam do torby, grzebię w zakupach i wyciągam kolorowankę oraz pudełko kredek. Naprawdę nie mam pojęcia, jakie znajdują się w niej obrazki, ale była to jedyna kolorowanka, jaką mieli w sklepie.
– Jej! – piszczy i unosi rzeczy do góry tak, żeby Julia je zobaczyła. – Dziękuję!
Pokoloruję ci coś pięknego, żebyś mógł powiesić w swoim domu.
– Nie ma za co. – Podtrzymuję jej spojrzenie i kiwam nieznacznie głową, żeby wiedziała, że kontynuujemy naszą zabawę. Usiłuje puścić mi oczko, ale zamiast tego przez chwilę drżą jej obie powieki. Z całych sił staram się nie zaśmiać. Gdy tylko Julia odwraca się do nas tyłem, podaję jej bananowe ciągutki Laffy Taffy, a ona całuje mnie w policzek. Stara się z całych sił, żeby wyjść ukradkiem do salonu i uniknąć przyłapania na jedzeniu słodyczy przed kolacją. Patrzę, jak odchodzi. Jej długie włosy, takie same, jak u mamy, prawie sięgają talii. Jest tak podobna do Julii. Ma taką samą twarz w kształcie serca, wysokie kości policzkowe i ma w sobie ten sam wdzięk.
Mimo to w dużym stopniu przypomina też mojego brata. Jest wysoka, jak Gage, i góruje nad większością swoich pięcioletnich przyjaciół. Ma taki sam kolor oczu, niczym niebo nad portem w bezchmurny dzień. Ale to, co najbardziej przypomina mi w niej mojegobrata, to dusza. Tak samo jak Gage, Ever jest o wiele rozsądniejsza niż rówieśnicy. Wykazuje mądrość i dojrzałość prawdopodobnie większą niż ja w wieku dwudziestu lat.
Mój brat tak bardzo ją kochał. Wzdycham i opieram się o starą lodówkę. Czuję, jak ugina się pod moim ciężarem. Julia ignoruje mnie i robi coś przy kuchence. Ma związane włosy i widzę napięcie w jej ramionach, ma wojowniczą postawę. Tak samo wyglądała w liceum, gdy wracała do domu
po awanturze z jej beznadziejnymi rodzicami. Nienawidzę tego tak samo, jak nienawidziłem wtedy. Z tym że teraz o tę postawę mogłem winić jedynie siebie.
– Wszystko w porządku? – pytam, zastanawiając się czy w ogóle mi odpowie.
Czasami odpowiada. A czasami nie. Te dwa lata, odkąd nasze światy się rozpadły, były bardzo długie. Udało nam się jednak dojść do pewnego niewypowiedzianego zrozumienia. Zaakceptowałem fakt, że będzie
mnie nienawidziła do końca życia. Ona zaakceptowała fakt, że nie odejdę. Poczyniliśmy nawet pewne postępy. Ona nie grozi mi już sądowym zakazem zbliżania się. Ja nie wkurzam się na jej odmowę współpracy. Po prostu robię, co muszę, a ona obraża się, ale akceptuje to. Postęp.
– Jules? – pytam ponownie, obserwując ją uważnie. Normalnie nie naciskam, po prostu zostawiam to, co mam, i znikam. Jednak dzisiaj wydaje się bardziej przybita. Wiem, że prawdopodobnie w tym tygodniu tęskni za nim bardziej, niż zwykle, bo przechodzę przez to samo. To sprawia, że mam ochotę iść się napić, ale nie mogę jej zostawić samej, dopóki nie
upewnię się, że wszystko jest dobrze. Jestem jej to winien. – Wszystko w porządku? Widzę, że odkłada łyżkę, po czym pochyla głowę, dlatego przygotowuję się na nieznane.
– Wyśmienicie.
Mówi to tak cicho, że ledwie ją słyszę. Zaciska ręce po bokach kuchenki i nie rusza się. Przygryzam wargę i obserwuję ją, czekam, aż da mi jakąś wskazówkę odnośnie tego, o czym myśli. Nie naprowadza mnie na żadne trop.
– Potrzebujesz czegoś?
– Nie, Crew – mówi, obracając się na pięcie. – Nie potrzebuję. – Jej oczy ciskają gromy i emanują emocjami, których nie jestem w stanie określić. – Nie potrzebowałam też zmiany opon w samochodzie.
– O czym ty mówisz? – pytam, udając, że nic o tym nie wiem. Wiedziałem, że będzie mi za to truć nad uchem, ale nie miałem wyboru. Nie mogłem pozwolić, żeby woziła Everleigh na łysych oponach.
– A więc nie przysłałeś do mojego biura Willa, żeby wziął mój samochód? To miłe z jego strony, że poprosił o kluczyki na oczach połowy działu. Dobrze rozegrane. Jak niby miałam się z nim kłócić, nie robią przy tym scen?
Wzruszam ramionami.
– Przestań to robić. Proszę. Potrafię sama o siebie zadbać.
Odbywamy teraz milczącą rozmowę, wymieniając się spojrzeniami, chociaż żadne z nas jej nie chce. Mówi mi, że nie jest już tą małą dziewczyną, którą znałem. Ale to nie tak, że o tym nie wiem. Może i dorosła, ale to, jaką kobietą się stała, w dużej mierze powiązane jest z decyzjami, które ja podjąłem.
Jest tak kurewsko wiele rzeczy, które bym zmienił, gdybym wiedział jak. Ale nie mogę.
– Jak ona się czuje? – pytam, kiwając głową w stronę salonu i usiłując zmienić temat.
Julia wzdycha, a na jej twarzy pojawia się zmęczenie.
– Dobrze. Rano nie było najlepiej, więc została z panią Bennett.
– Olivią? Panią z sąsiedztwa?
– Tak. Choć teraz wygląda, jakby było lepiej. – Posyła mi nieznaczny uśmiech, po czym wbija wzrok w podłogę. – Ever kocha, gdy przychodzisz, więc jestem pewna, że teraz będzie wesoła. Ona cię lubi.
Ta insynuacja trafia mnie boleśnie w pierś.
– Wcześniej strasznie za nim tęskniła.
Tematem naszych rozmów nigdy nie był Gage, chyba że się kłóciliśmy. Fakt, że właśnie o nim wspomina szokuje mnie i nie czuję się z tym dobrze. Nie wiem, jak to przyjąć. Czuję, jak szczęka pulsuje mi z frustracji, dlatego ponownie staram się zmienić temat.
– Dlaczego tu jest tak chłodno?
Julia przestaje się uśmiechać i szarpie nerwowo materiał bluzy.
– Nie wiedziałam, że jest.
– Jak możesz nie wiedzieć? – Jestem w drodze do termostatu, gdy słyszę jej
chrząknięcie.
– Grzejnik szwankuje. Prosiłam kilka dni temu właściciela, żeby przyszedł i to sprawdził.– A on się nie zjawił? – Rzucam jej spojrzenie, a ona kręci głową. – Dzisiaj się pojawi.
– Wyciągam telefon z kieszeni.
– Crew, nie. Proszę. Ostatnim razem, gdy do niego zadzwoniłeś, kilka miesięcy zachowywał się wobec mnie jak kompletny dupek. Dopiero teraz zaczęłam się z nim na nowo dogadywać.
Przeglądam listę kontaktów, szukając jego imienia.
– Crew... – Wiem, że błaga mnie tym swoim sarnim spojrzeniem. Wiem też, że jeśli na nią spojrzę, będę skłonny odpuścić.
Dlatego nie podnoszę wzroku.

Rozdział 2
JULIA
 
Kończę kolejną bajkę o biednej księżniczce, która spotyka dobrotliwego księcia. Są to ulubione bajki Everleigh na dobranoc. Gdy byłam dzieckiem, też je uwielbiałam. Miałam w zwyczaju leżeć w nocy z zaciśniętymi powiekami i wymyślać historie o rycerzu w lśniącej
zbroi, który przychodzi mi na ratunek. Wspinał się po treliażu przy ścianie pod moją sypialnią i pukał cztery razy do okna. Nie jestem pewna, dlaczego cztery razy, ale zawsze tak robił.
Pędziłam do niego, a on sprowadzał mnie na dół i zabierał od rodziców.
Z tych historii stworzone są marzenia małych dziewczynek. Czego jeszcze muszą się nauczyć, to że gdy znajdują się one w zasięgu twojej ręki i znikają gwałtownie, wracają w postaci koszmarów.
Kładę książkę obok siebie, na kołdrze Everleigh. Leży u mojego boku, świeżo po kąpieli, pachnąc gumą truskawkową. Wtula się we mnie, przyciskając do siebie sfatygowaną małpkę, którą ma od urodzenia. Odgarniam włosy z jej twarzy, a ona uśmiecha się do mnie.
– Mamusiu, myślisz, że któregoś dnia mogłabym spotkać księcia? I mogłabym być
piękną księżniczką i żyć w zamku?
Uśmiechnęłam się na jej niewinność.
Już niedługo się nauczy...
Autorski cykl wakacyjny - Melissa Darwood

Autorski cykl wakacyjny - Melissa Darwood



Melissa Darwood: Autorka powieści, romantyczka, rozmiłowana w przyrodzie, zwierzętach i książkach. Pochodzi z urokliwego, zalesionego miasteczka w środkowej Polsce. W swojej twórczości posługuje się pseudonimem, aby zatrzeć granicę między fikcją literacką a rzeczywistością. Pisze dla czytelników młodych duchem, którzy poszukują w książkach romantycznych uczuć, intensywnych emocji i bohaterów, którzy na długo pozostają w pamięci.

1. Kiedy jest najlepszy czas dla pisarza na odpoczynek? Letnie wakacje, a może ferie zimowe?

Według mnie wtedy, kiedy następuje zmęczenie. Kiedy nie chce mi się usiąść do komputera, wniknąć w świat z kart powieści, którą w danym momencie piszę. Pora roku nie ma tu żadnego znaczenia. Ale, że jestem niejako zależna od mojej rodziny, zmuszona jestem robić sobie wolne od pisania latem, bo akurat w tym czasie mąż może wykorzystać urlop w pracy, a przedszkole, do którego uczęszcza syn, jest zamknięte.

2. Gdzie chciałaby Pani spędzić swoje wymarzone wakacje?

Na chwilę obecną, marzą mi się Malediwy w porze suchej. Słońce i upał, drewniany domek na balach, wokół turkusowe morze i piaszczysta, biała plaża.

3. Jakie 3 książki zabiera Pani ze sobą na wakacje?


Wakacje w tym roku już miałam i zabrałam ze sobą telefon dzięki, któremu mogłam zakupić i pobrać dowolną ilość ebooków. Wolałam nie ryzykować taszczenia ze sobą kilku drukowanych książek, bo jeśli by się okazało, że żadna z nich mnie nie wciągnie, to byłaby tragedia. A tak, miałam nieograniczony dostęp do dowolnej ilości książek i mogłam przebierać do woli.

4. Jakie 3 książki poleciłaby Pani swoim czytelnikom na okres wakacyjny? ( nie można podać książki swojego autorstwa ;) )

Na wakacje to zdecydowanie romanse — lekkie, zabawne, wciągające. Pamiętam, że dobrze się bawiłam przy książkach: „Miłość, flirt i inne zdarzenia losowe” J. Echols, „Noc poślubna” J. Kinsella, „Turbulencja” W.G. Williams.

5. Gdyby znalazła się Pani na bezludnej wyspie, co chciałaby Pani mieć ze sobą? (max. 5 rzeczy)

Na pewno coś, co pozwoliłoby mi przetrwać: telefon satelitarny, tratwę z wiosłami, nóż, z którego w razie konieczności mogłabym zrobić dzidę, zapałki, antybiotyk o szerokim spektrum działania.

6. Preferuje Pani wylegiwanie się na plaży, czy aktywny wypoczynek?

Myślę, że to zależy od dnia i od tego, na co w danym momencie mam ochotę. Pewnie trochę plaży, trochę zwiedzania, może jakaś wyprawa łódką, albo wycieczka rowerowa. Jednak z przewagą wylegiwania się na ciepłym piasku, czytania i relaksu.

7. Z bohaterami, z jakiej książki chciałaby Pani spędzić wakacje?

To pewnie nie będzie zaskoczenie, gdy powiem, że z bohaterami swoich książek?

Do każdej litery z wyrazu WAKACJE dopisz skojarzenia z latem

Wyspa
Arbuz
Kostium kąpielowy
Agrest
Czapka
Jagody
Ebook


Za zakończenie cytat z jednej z książek Melissy Darwood - czytaliście?

Adam Agata Czykierda - Grabowska [Recenzja premierowa]

Adam Agata Czykierda - Grabowska [Recenzja premierowa]




Z prozą Agaty Czykierda Grabowskiej zderzyłam się przy okazji jej debiutu, który nie rzucił mnie na kolana. Jednak za namową znajomych blogerek skusiłam się na kolejne książki autorki. Każda miała w sobie coś, co mi się podobało. Wszystkie jednak łączyła lekkość. Myślałam, że Adam będzie taki sam, jak inne książki w dorobku autorki. Nawet nie wiecie, jak srogo się pomyliłam.

Rodzice głównej bohaterki prowadzą pogotowie opiekuńcze. Pewnego wieczora w rodzinie pojawia się Adam chłopak boleśnie doświadczony przez życie. Przez lata wychowywał się w patologicznej rodzinie, dziś po wielu przejściach i po tragicznej śmierci matki musi jakoś poukładać swoje myśli. Nie pomaga w tym fakt, że jego ojczym — sprawca całego zła — jest nadal na wolności. Dojrzewająca dziewczyna, która czuła zbyt mocno i chłopak, który chciał być wolny jak ptak, zaczynają mimowolnie grać w jednej bajce. Światy głównych bohaterów przenikają się, a ci sami ratują się każdego dnia na nowo...

Nie wiem, od czego zacząć. Po skończeniu Adama mam w sobie tak wiele emocji, tak wiele myśli jednocześnie nie wiem, co mogłabym powiedzieć ponad to, że ta historia jest obowiązkowa dla wszystkich wielbicielki New adult, a także dla tych, którzy w książkach cenią sobie emocje i trudne tematy. Dziś może mi wyjść chaotycznie, zapewne dam się ponieść tym wszystkim emocjom, które ciągle siedzą w moim sercu. Być może, że w przypadku historii Adama ja również jestem dziewczyna, która czuje zbyt mocno.

Agata Czykierda – Grabowska tym razem porusza się po tematach, które są dla mnie niezwykle bolesne, które w książkach i realnym życiu wyprowadzają mnie z równowagi. Autorka mówi o tych najmniejszych ranionych przez tych, którzy powinni kochać, wspierać i pokazywać świat. Niestety rzeczywistość jest brutalna, a na świecie nadal są rodzice, którzy nie zasługują na takie miano. Autorka przytłacza, jednocześnie pokazując, że bywają takie dzieciaki, którymi ktoś się zainteresuje, które znajdą pomoc, prawdziwy dom, który nie będą tworzyły same mury, ale taki, który stworzą ludzie swoją wzajemną miłością. Jednocześnie nie mogę się pozbyć przekonania, że jest nas zbyt mało, ludzi, którzy nie potrafią przejść obojętnie obok krzywdy dzieciaków. Często wyściubiamy nos nie swoje sprawy jednak kiedy za ścianą krzywdzone jest dziecko, odwracamy wzrok, udając, że to nie nasza sprawa...



Historia Adama uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Sama znam kogoś, kto doświadczył w życiu zbyt wielu krzywd, sądzę, że większość z nas zna takich Adamów, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Młodzież z patologicznych rodziny potrafi się doskonale maskować – niestety część takiego społeczeństwa nie wychodzi z patologii, nie widząc dla siebie innego życia, a tym którym uda się zbudować swoją dorosłość pomimo bagna, które jest w postaci trudnego dzieciństwa, najczęściej nie przyznają się do tego w szerszym gronie. Wracając jednak do książki, odkładając emocje na bok, choć w tym przypadku jest to niezwykle trudne.

Autorka buduje emocje przede wszystkim poprzez postać Adama. Jego przeszłość, która w dalszym ciągu zaciska szpony na jego codzienności. Jego nadgarstki, które przejmują ból psychicznych – samookaleczenie to kolejny aspekt, który często dotyczy młodzieży, która nie potrafi poradzić sobie z nagromadzonymi emocjami, a zadanie sobie bólu przynosi naiwne ukojenie. Jednak to nie tylko Adam jest tutaj głównym prowodyrem emocji, w równym stopniu na moje uczucia działały postacie poboczne wychowujące się w rodzinie zastępczej tworzonej przez rodziców głównej bohaterki. Michalina i Arek rodzeństwo oczekujące na adopcje to małe zranione promyki tej opowieści. Iskierki, które wzbudzają szeregi uczuć, a w sercu rodzi się pytanie, dlaczego w prawdziwym życiu takie dzieci również tak mocno cierpią? Dlaczego takie życie nie może być tylko emocjonalną kartą przetargowa autorów książek – dlaczego te historie muszą się dziać tak blisko nas?

Kolejnym wątkiem, czy raczej pewnego rodzaju symboliką, są baśnie opowiadane przez główną bohaterkę najmłodszym bohaterom, głównie Michalinie, a z czasem baśnie te stają się tłem dla historii miłosnej, wszak książka ta jest romansem – choć nigdy nie chciałabym, aby została zamknięta w szponach tego gatunku, ponieważ jest zbyt ważna, zbyt znaczącą.
W baśniach stworzonych przez autorkę jest dziewczyna, która czuję zbyt mocno i chłopak, który zmieniał się w ptaka... Przepiękna symbolika empatii, miłości, zrozumienia i wolności, o której tak bardzo marzył główny bohater.

Akcja książki gna do przodu, zachwycając setkami, tysiącami, a nawet miliardami emocji. Nie mogę się po niej pozbierać, nawet dziś pisząc ten tekst, czuję tę fabułę całą sobą i mam ochotę ponownie zetknąć się z Adamem poczuć jego ból jednocześnie zdjąć ten ból z wszystkich niewinnych istot, które każdego dnia dźwigają te ciężkie brzemię spowodowane urodzeniem się w niewłaściwej rodzinie. Na zakończenie mojego wywodu, bo jak widzicie, emocje wzięły górę, choć chciałam je powściągnąć, muszę tylko was prosić o uwagę, słuchajcie swoich „ścian”, wytężajcie umysły i nie dajcie sobie wmówić, że to nie wasza sprawa, bo krzywda dziecka zawsze jest sprawą ludzi silniejszych od niego. Ta niewinna, zagubiona istota, która wbrew wszystkiemu stara się kochać swoich rodziców, nigdy nie będzie w stanie pomóc sama sobie...

Adam budzi wielkie emocje i wiem, że po premierze poruszy jeszcze wiele serc. To majstersztyk, którym Agata Czykierda - Grabowska podniosła sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Polecam wszystkim bez wyjątku, bo książka zmusza brutalnie do refleksji i pokazuje życie z mniej różowej strony – ale to nadal życie i zasługuje na lepszą jakość...


Adam
Autor: Agata Czykierda - Grabowska
Wydawnictwo: OMGBooks
Premeira: 18.07.2018 r.
Liczba stron: 446
Twardziel Laurelin Paige

Twardziel Laurelin Paige



Do końca nie wiem, dlaczego zdecydowałam się na tę książkę. Chyba tylko ze względu na to, że Laurelin Paige jeszcze mnie nie zawiodła. Jej serię o Hudsonie kocham, a historia z Pierwszego dotyku na wiele miesięcy pozostała w moim sercu i tli się po dziś dzień. Tym razem jednak było zupełnie inaczej...

Typowy schemat jak w większości romansów, erotyków. Iskrzenie od pierwszego dotyku, atmosfera gęsta od pożądania, a jednak wzajemna niechęć właściwie do końca niczym nieuzasadniona. Zazwyczaj zupełnie nie przeszkadzają mi schematy, o ile autorka potrafi poprowadzić, je tak, aby chciało mi się czytać, abym czuła ekscytację i emocje bohaterów. Czytając Twardziela, nie czułam NIC poza irytacją, a poprowadzenie fabuły zmuszało mnie do zerkania na ostatnią stronę i liczenia stron, które jeszcze mi pozostały.

Nie wiem, co się zadziało. Czy dla mnie to już zmęczenie materiału, jeżeli chodzi o erotyki? Chyba nie, bo czytuję takie nadal i nie każda pozycja mnie zawodzi, choć stałam się już bardziej wybredna i krytyczna, jeżeli chodzi o ten gatunek. Romans erotyczny kojarzy mi się przede wszystkimi z lekturą lekką i przyjemną, która szybko się czyta i pochłania w jeden wieczór. Twardziel jednak zmęczył mnie do tego stopnia, że czytając go, robiłam przerwy na inne bardziej emocjonujące lektury i wracałam do niego tylko z poczucia nieprzyjemnego obowiązku niż z przyjemnością.

Po pierwsze irytująca bohaterka, momentami wręcz głupia, nieumiejąca domyślić się niczego, co klaruje się w jej towarzystwie. Owszem autorka stara się usprawiedliwić jej zachowanie, kreuje jakąś przeszłość, która ją ukształtowała. Dla mnie jednak było to takie wymuszone, pospolite bez polotu i emocji. A czego jak czego, ale braku jakichkolwiek emocji nie jestem w stanie wybaczyć. Sytuację w niewielkim stopniu ratuje główny bohater, który był dojrzalszy nieco bardziej spójny, jednak w dalszym stopniu nie dorasta do pięt ulubionym męskim postaciom, które skradły moje serce.

Fabuła również nie zachwyca. Pomijam przewidywalność, bo to akurat cos co da się przełknąć, jednak mozolne poprowadzenie akcji doprowadzało mnie do szału. Dawno żadna książka nie wynudziłam mnie do tego stopnia. Męczyłam się z Twardzielem prawie dwa miesiące i czekałam na TEN moment, który mnie wciągnie. Liczyłam, że mniej więcej w połowie akcja bardziej się rozkręci... Potem żyłam nadzieją, że zakończenie obroni całość. Jednak jedyną emocją, jaką czułam po Twardzielu to radość z tego, że to już koniec.

Niezwykle płytka, nic niewnosząca historia pełna chyba miłości, choć budowanej na chybotliwych fundamentalne i na cielesności. Dla mnie to najsłabsza książka tej autorki i jestem pewna, że jej kolejne dzieła będę dobierała z większą rozwagą i dystansem.
Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger