Intryga L.J Shen

Intryga L.J Shen





Dwie różna sfery społeczne, dwa odmienne światy i miłość, która nagle zapłonęła i tliła się pomimo lat obojętności.

Emila to biedna, prosta dziewczyna, jej rodzina pełni służbę u rodziny Brutala – chłopaka nazbyt pewnego siebie, bezczelnego i zniszczonego do szpiku kości. Emili i Brutal uczęszczają do jednej szkoły, jednak ich światy się nie krzyżują, on z niewiadomych powodów jej nienawidzi, nazywa ja służką, a ona jest zbyt nieśmiała, aby się mu sprzeciwić. Na szczęście dziewczynie udaje się wyjechać na wymarzone studia i nic nie wskazuje na to, że jeszcze kiedykolwiek jej drogi mają się spotkać z życiem Brutala. Jednak jak to najczęściej bywa, na naszych życiowych ścieżkach pojawiają się sytuacje, których nigdy byśmy nie przewidzieli. Emili po studiach, bez dobrze płatnej pracy, bez perspektyw wpada na Brutala, okazuje się, że tan ma dla niej propozycję nie do odrzucenia – praca na dobrym stanowisku za przyzwoite wynagrodzenie. Emili postawiona pod ścianą, przygnieciona osobistymi problemami, decyduje się na przyjęcie propozycji Brutala… Od tej chwili na jaw wychodzą brudy przeszłości, a obciążeni psychicznie bohaterowie będą musieli walczyć z wszelkimi demonami dawnych lat.

Jak łatwo można się domyślić Intryga, to romans – już sam opis to właśnie nam sugeruje. Ona szara myszka, on bezczelny, schemat znany nie od dziś. Ważne jednak aby tę schematyczną opowieść potrafić opowiedzieć w ciekawy i intrygujący sposób. Czy autorce się to udało?
Trudno jednoznacznie mi stwierdzić, że książka pomimo sztampowości miała w sobie coś wyjątkowego, bo tak nie było, a jej jedynym plusem jest lekkość i niewielki poziom emocji.
Zacznijmy jednak od początku – od Brutala – w ostatnim czasie lubię czytać o takich niegrzecznych mężczyznach, Brutal jednak był dla mnie mało intrygujący, wręcz momentami irytujący. Autorka starała się zbudować postać silną fizycznie, pozornie również silną psychicznie, a jednak walcząca z traumami z dzieciństwa, w moim mniemaniu wyszło jej to dość pokracznie. Przeszłość Brutala została nakreślona w sposób prawdziwy, a jednak czegoś w nim zabrakło, jakichś emocji. Mam wrażenie, że L.J Shen budując tę postać, zupełnie nie skupiła się na przelaniu wszystkich emocji na papier, wiele namieszała w psychice bohatera, a jednak nie potrafiła tego opisać tak, aby wzbudzić we mnie empatie, aby rozhulać moje emocje i sprawić, że spojrzę na Brutala łagodniejszym wzrokiem.

Podobnie pokracznie wyszedł wątek miłosny. Bohaterów niemal wszystko dzieli – począwszy od statusu społecznego, skończywszy na upodobaniach, autorka nie stworzyła między nimi żadnej części wspólnej, nic co spajałoby ich ze sobą. Mam wrażenie, że cała ta relacja opierała się na młodzieńczym zauroczeniu a w dojrzalszej wersji na seksie. Wiem, w większości erotyków ta relacja jest tak płytka i pozbawiona sensu, tutaj jednak nie tylko płytkość przytłaczała, ale również uargumentowanie tego wątku. Zakochali się w sobie, bo… no właśnie nie wiem dlaczego. Tak chciała autorka, tak się stało.


Fabuła i jej poprowadzenie też jakoś nie rzuca na kolana. Akcja jest dość mozolna, a nieliczne wprawdzie, sceny seksu przytłaczają i nudzą. Możecie mieć wrażenie, że strasznie marudzę i wymagam od tej książki niemożliwego. Pewnie będziecie mieli rację. Intryga to nie jest typ lektury, do której będzie się wracać, to nie jest książka, która wzbudzi emocje – choć autorka starała się wpleść istotną problematykę przemocy – to jedna z tych książek, które są niczym innym, jak przerywnikiem. Lekko napisaną książeczką, która idealnie sprawdzi się w podróży, czy w czasie błogiego wiosennego lenistwa. Czy polecam? Wielbicielom romansów/erotyków owszem, jednak wiem, że nawet wśród grupy tych wielbicieli znajdą się głosy podobne do mojego.
Ja chyba zwariuję! Agata Przybyłek!

Ja chyba zwariuję! Agata Przybyłek!




Miłość może dopaść nas w najmniej oczekiwanych chwilach, strzała amora nie pyta o gotowość, nie zważa na miejsce i czas uderza z całą mocą i kieruje naszym życiem… Nawet w szpitalu psychiatrycznym można się zakochać.

Nina to matka dwójki dzieci i salowa w szpitalu psychiatrycznym. Jest moim ulubionym typem bohaterki, pełna siły, determinacji i … na maksa zakręcona. W jej życiu pierwsze skrzypce grają wszyscy i niestety każdy inną melodię, nie trudno się dziwić, że dziewczyna robi wszystko byle nie zwariować. Jej były mąż to istna pierdoła, choć sam twierdzi inaczej, jej mamuśka to kobieta mająca hopla na punkcie sportu i zdrowego odżywiania, w dodatku nie wyobraża sobie życia bez faceta, więc postanawia go Ninie znaleźć, skoro ta sama nie potrafi. Na domiar złego w dziewczynie zakochuje się jeden z pacjentów szpitala, a to już wbrew wszystkiemu przestaje być śmieszne. Jacek – doktor pracujący w tym samym szpitalu co Nina – ma mniej burzliwe i zakręcone życie, w nim dominuje tylko mamusia i to dosłownie dominuje. Jackowi zdaje się, że jego matka nie dostrzegła chwili, w której on przestał być małym chłopcem, ciągle się o niego troszczy, wręcz przesadnie troszczy, pilnuje, a jej skołatane matczyne serce nie może znieść myśli, że Jacuś mógłby znaleźć sobie inną kobietę niż ona. Istny kosmos i uwierzcie, można od niego zwariować!

Moje kolejne spotkanie z piórem Agaty Przybyłek i jak zwykle jestem oczarowana… no dobra, nie jak zwykle, bo seria o Zuzannie średnio przypadła mi do gustu, nie mogłam w niej odnaleźć humoru, który pokochałam w książkach o Sosenkach. Muszę jednak przyznać, że w Ja chyba zwariuję Agata Przybyłek wraca na tory humoru z Sosenek, a tym samy z powrotem trafia w punkt mojego poczucia humoru. Przerysowane postacie i komiczne zachowania bohaterów – w tym przypadku matek Niny i Jacka – to coś, co wyróżnia tę książkę i zapewnia niemałą rozrywkę na wieczór. Historia naszych bohaterów to komedia omyłek, zwrotów akcji i … niedokończonego morderstwa. Jakiego morderstwa i dlaczego niedokończonego? O tym już nie mogę wam powiedzieć, ale zdradzę, że w zdarzenie zamieszany będzie nie kto inny jak mamuśki.

 


Całość napisana lekkim, momentami potocznym językiem. Czyta się błyskawicznie, a humor zawarty w treści rozpromienia czytelnika do końca dnia. Muszę przyznać, że ponad dobrą rozrywką autorce udało się też umieścić w postaci wątek miłosny, który budowany był od podstaw, szedł powolnie swoim rytmem i nie przytłaczał całej opowieści. Akcja gna do przodu, a czytelnik nie ma chwili oddechu, co chwilę parskałam śmiechem i nie mogłam uwierzyć, jak wiele prawdy może być w tych śmiesznych, momentami wręcz głupkowatych, opowieściach. Ciekawe postacie, nadające wyjątkowy klimat – nie tylko mamuśki są tu charyzmatyczne – mamy też pana Wiesława – pacjenta szpitala psychiatrycznego, który jest szalenie zakochany w Ninie. Igora – byłego męża Niny, który nawet nie wie, do której szkoły chodzą jego życie i czego się nie dotknie, to koncertowo niszczy. No i dzieci Niny, rezolutna Kalinka i mały Ignaś. Jestem oczarowana tymi dzieciakami i nie wiem, jak autorce udało się tak wszystko idealnie wykreować, w te liczne postacie włożyć życie i sprawić, że czytelnik ma poczucie, iż czyta opowieść przeciętnej kobiety, której życie to istne tornado połączone z tajfunem i z mamuśką na dokładkę.

Ja chyba zwariuję to zabawna opowieść o miłości, która przychodzi bez zaproszenia. To również historia pełna żartów i przypadków, które rozśmieszą największych ponuraków. Ja jestem usatysfakcjonowana lekturą i choć nie jest to typ książek, które wzbudzają skrajne emocje, to gwarantuje, że będziecie płakać – tym razem ze śmiechu.
Fałszywy pocałunek Mary E. Pearson

Fałszywy pocałunek Mary E. Pearson



Po lekturze Fałszywego pocałunku jestem szczęśliwa, że w naszej kulturze odeszły w niepamięć kojarzone małżeństwa. Jednakże w świecie wykreowanym przez Mary E. Pearson takie sytuacje mają miejsca, wszak akcja dzieje się na dworze Morrighanów, a Lia jako pierwsza córka dworu ma poślubić księcia, którego wybrali dla niej rodzice. Małżeństwo jest niczym innym niż strategią polityczną. Nie tak Lia wyobraża sobie swoją przyszłość, a małżeństwo chce kojarzyć tylko z miłością. W dzień ślubu decyduje się na ucieczkę. Wraz ze swoją służącą i zarazem przyjaciółką uciekają z dworu. Trafiają do gospody i wydaje się, że uda im się wtopić w tłum i oszczędzić się przed brutalnymi rozkazami króla. Nie spodziewają się jednak, że wrogie królestwa – nieprzychylne dworowi Morrighanów, postanawiają wysłać łowcę głów, który zamorduje księżniczkę. W pogoń za księżniczką rusza również książę, za którego dziewczyna miała wyjść. Gdy oboje spotykają się z Lią, zakładają maski i są niezwykle przyjaźni dla dziewczyny. Szybko okazuje się, że Lia zakochała się w jednym z nich… czy wyjdzie jej to na dobre?

W powieści mamy narrację pierwszoosobową naprzemienną. Głównym narratorem jest Lia, jej narracja jest przeplatana perspektywą zabójcy i księcia. Najlepszym zabiegiem autorki jest to, że udało się jej tak namieszać, naplątać, że czytelnik nie ma pojęcia, który z chłopaków jest zabójcą, a który księciem. Ja zaplątałam się strasznie i przyznam szczerze, że wydawało mi się, że obstawiam prawidłowo, a jednak się przeliczyłam. To małe celowe pomieszanie bardzo mi się spodobało i sprawiło, że książka była dla mnie jeszcze bardziej intrygującą.
Kolejnym rewelacyjnym posunięciem było umieszczenie i poprowadzenie wątku miłosnego. Jako romantyczna dusza, cieszę się na każdy wątek miłosny, a jeżeli ten wątek jest jeszcze tak świetnie poprowadzony, to ja kupuję go w całości i chwalę za naturalność i lekkość prowadzenia. Pearson ma u mnie mistrza prowadzenia takich wątków, po pierwsze postawiła na naturalność – cała znajomość rozwija się realistycznie, bez przerysowanych spojrzeń w oczy i udawanej miłości od pierwszego wejrzenia. W dodatku to nie miłość gra pierwsze skrzypce w powieści, a jedynie czasami wychyla się na pierwszy plan. Autorce również w tej fikcji udało się zawrzeć wiele prawdy, przede wszystkim przesłanie – udowodnienie – że wojny są złe, a niezgoda między królestwami nie może sprawiać, żeby ginęli niewinni. W tym wątku było sporo emocji i nawet zdarzyło mi się uronić łezkę, czego zupełnie nie spodziewałabym się po tej książce.


    

 
Na pokłony zasługuje również wyobraźnia autorki – świat przedstawiony w Fałszywym pocałunku to logiczna, spójna całość. Fikcja w spektakularny sposób przeplata się z rzeczywistością, a zaskakujący zwrot akcji przy zakończeniu sprawia, że nie mogę się doczekać kontynuacji.
Akcja książki to istna sinusoida, raz gna galopem do przodu, innym razem jest statyczna i daje chwilę oddechu. Widmo nieszczęścia wisząca nad bohaterką sprawia, że atmosfera powieści jest ciężka od napięcia. Czekałam tylko na moment, w którym wszystko wskoczy na właściwe tory, a zło, które tylko czyha na uwolnienie, dopadnie Lię i wzbudzi po raz kolejny miliony emocji.

Fałszywy pocałunek to zaskakująco dobra książka, napisana lekkim językiem. Czyta się ją płynnie, nie ma mowy o nudzie, bo ciągle coś się dzieje, na którejś z płaszczyzn książki. Myślę, że to nie jest tylko opowieść dla fanów fantasy, to raczej książka dla wielbicieli niesztampowych romansów, zaskakujących wątków i wciągających scen. Polecam, bo warto.
Chłopak, który pokazał mi, jak żyć Samanta Louis

Chłopak, który pokazał mi, jak żyć Samanta Louis




Przeszłość zostawia na nas niewidzialny pył, który w większej lub mniejszej mierze ma wpływ na naszą teraźniejszość i przyszłość.

Anastasia po traumach z dzieciństwa ma blokadę względem mężczyzn, nie chce angażować się w związki i nie widzi sensu budowania relacji damsko-męskich. Dla niej miłość jest przereklamowana i prowadzi tylko do złego. Nie spodziewa się jednak, że na swojej drodze spotka mężczyznę, który odczaruje ją jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… choć żadnej magi w tym nie będzie, a przeszłość boleśnie upomni się o Ane, to jednak jest szansa, że Nate będzie tym, które zasłużył sobie na jej względy. Nieziemsko przystojny tancerz i zamknięta w sobie piosenkarka – para idealna, ale aby dojść do perfekcji muszą przejść długą i bolesną drogę.

Samanta Louis to debiutująca polska autorka, choć pseudonim może sugerować inaczej. Chłopak, który pokazał mi, jak żyć to jej debiut literacki, jednak na popularnej platformie wattpad możecie znaleźć jej inne teksty. W swoim debiucie autorka pokusiła się na narrację pierwszoosobową naprzemienną, rozdziały przybliżają nam postać Anastasi i Nate'a. Jestem zdania, że autorce idealnie udało się odrysować, postać kobiety niepewnej swego, zamkniętej w sobie zakładającej maskę silnej i niezależnej dziewczyny, a tak naprawdę walczącej w głębi duszy z demonami przeszłości. Młoda kobieta w dzieciństwie doświadczyła krzywdy od osoby, która powinna gwarantować jej poczucie bezpieczeństwa, ktoś mocno ją skrzywdził, zabierając jej jedyną i najukochańszą osobę – matkę. Nie sposób się dziwić, że dziewczyna po dziś dzień nie potrafi poradzić sobie z nagromadzonymi emocjami. Nate z kolei miał sielskie dzieciństwo, kochającą rodzinę i wyjątkową sąsiadkę złotowłosą dziewczynkę o lśniących oczach. Nic tak nie utknęło w jego umyśle, jak te lśniące oczy dziewczynki, którą był zauroczony jako chłopiec.

Wątek miłosny grający pierwsze skrzypce w opowieści został skonstruowany na podobnej relacji jak ta z książki Hopeless Collen Hoover – ta znajomość, bliskość, podsunęły mi, na myślę właśnie tę książkę, choć wątki są zupełnie inne i rozgrywają się innym torem, to jednak jakaś szczypta podobieństwa we mnie się zakorzeniła i nie mogę się jej wyzbyć. Czy jest to dla mnie błąd? Absolutnie nie, jest wiele powieści, które w jakiś sposób się powielają, nawet nieświadomie, ten wątek był dla mnie intrygujący pomimo podobieństw. Uważam, że autorka skrupulatnie i dobrze rozegrała kwestię miłość, relacja jest budowana na twardych fundamentach, jest dość burzliwa, ale nie sądzę, aby była za szybka – nierealna. Bohaterowie znali się już przed akcją rozgrywająca się w książce, występują razem na scenie i mężczyzna od zawsze ukradkiem wzdychał do uroczej piosenkarki.




Ponad wątkiem miłosnym mamy także bolesną przeszłość bohaterki – to dzięki tej części historii mogłam poznać sposób pisania Samanty Louis o emocjach. Jak dla mnie autorka potrafi opisywać uczucia, wzruszać i wzbudzać w czytelniku współczucie. Naprawdę w niewielu debiutach emocje są tak bardzo namacalne i tak dobrze opisane – choć w niektórych momentach język jest nieco zbyt prosty i niektóre zdania czyta się topornie, to jednak ginie w tłumie, bo autorka potrafiła opowiedzieć tę historię z pasją, wrażliwością. Warsztat można szkolić, doskonalić, ulepszać, ale sposobu pisania tak, aby wzbudzać emocje, nie da się wyuczyć.

Chłopak, który pokazał mi, jak żyć to dobra lektura na wieczór, idealna rozrywka i spora dawka emocji. Problematyka przemocy domowej uwypuklona na kartach opowieści potrafi wzruszyć i otworzyć oczy na codzienność. Historia Anastasi to opowieść o potrzebie poczucia bezpieczeństwa, potrzebie miłości i bliskości, nawet jeżeli wydaje nam się, że w samotności jesteśmy szczęśliwi, warto, jest móc z kimś to szczęście dzielić.
Latawce Agnieszka Lis

Latawce Agnieszka Lis



Jaki wpływ na dziecko ma rozstanie rodziców? Czy coś, co dla nas niekoniecznie jest ciężkie emocjonalnie, jest również takie samo dla dzieci? Czy traumy, wspomnienia, z dzieciństwa mogą rzutować na dojrzewającego nastolatka?

Latawce to opowieść o Grzegorzu – chłopaku, który żyje jednym wspomnieniem z dzieciństwa. Jak za mgłą ma obraz odchodzącego ojca, dojrzewający mężczyzna nie potrafi poradzić sobie z codziennością. Brak męskiego autorytetu ma ogromny wpływ na jego postępowanie… Traumy z dzieciństwa mają koszmarny w skutkach finał w teraźniejszości.

Latawce to nie jest pełnowymiarowa książka, nie jest to typowa opowieść. To urwane fragmenty, dialogi – jakby wyrwane karty z pamiętnika. Chyba właśnie sposób napisania tej historii sprawia, że jest ona wyjątkowa i pełna emocji. Choć początkowo napotkałam ścianę i nie potrafiłam się w gryźć w sposób narracji tej opowieści, to jednak już po kilku fragmentach przepadłam bez reszty. Życie młodego chłopaka, który wręcz dąży do autodestrukcji, nie potrafi sobie poradzić ze stratą ojca, nie chce się uczyć, nie widzi sensu w swoim życiu. Przez jego relacje codzienności przeplata się wiele myśli samobójczych.

W tej opowieści jest tak wiele prawdy, choć sama ma niewiele treści. Autorce prostymi dialogami, wycinkami z życia udało się wzbudzić więcej emocji niż innym pełnowymiarową opowieścią. Może emocje pogłębia fakt, że historia jest oparta na faktach? Może fakt, że gdzieś w świecie Grzegorz żyje, a Latawce to część potężna cześć jego życia i ciężki emocjonalny bagaż. Może moje emocje sięgnęły zenitu tylko dlatego, że zdaję sobie sprawę, iż w świecie jest wiele takich Grzegorzów – dzieci, nastolatków, którzy nie potrafią sobie poradzić z relacjami rodzinnymi, są podatni na wpływy rówieśników i swoje problemy starają się ukryć za maską bezczelności. Niestety takich nastolatków, dzieciaków, jest bardzo dużo i to my dorośli za nich odpowiadamy, to my sprawiamy, że czują się bezpiecznie. Niestety najczęściej to również my sprawiamy, że nasze dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa. Nie rozmawiamy z nimi, nie wyjaśniamy spraw dorosłych, wiele ludzi nadal żyje w przekonaniu, że dzieci nie mają prawa głosu i nie powinny się wtrącać w życie dorosłych. Sytuacja Grzegorza, i innych dzieci w podobnej sytuacji, idealnie uświadamia, że wszyscy tworzymy rodzinę i jeżeli pojawiają się jakieś zaburzenia, nieprawidłowości, to powinniśmy wszyscy wspólnie rozmawiać, wyjaśniać, uświadamiać, tłumaczyć. Czy to zawsze pomoże? Nie gwarantuje, ale nie możemy zostawiać dzieci bez wyjaśnienia problemów, z poczuciem bezradności, beznadziejności. Czy gdyby rodzice Grzegorza inaczej rozegrali swój rozwód, nie byłoby one tak tragiczne w skutkach? Nie wiem, wiem jednak, że rozmowa ma większą moc, niż można przypuszczać.

Jak zapewne widzicie, ta niewielkich rozmiarów książka wzbudziła we mnie wielkie emocje, które pogłębiały się z każdą wstawką autorki o symbolice latania. Każdy z nas potrzebuje wolności, nie zapominajmy jednak, że nie posiadamy skrzydeł, a nasza determinacja w dążeniu do bezwarunkowej wolności nie zawsze idzie w parze ze szczęściem.
 
Latawce
Autor: Agnieszka Lis
Wydawnictwo: Czwarta strona
Data wydania: styczeń 2018 r.
Liczba stron: 192
Literatura współczesna polska.
Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger