Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdalena Witkiewicz.

Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdalena Witkiewicz.








Książki Magdaleny Witkiewicz to zazwyczaj sielskie obyczajówki, które ociekają miłością, słodyczą, ale nie brak im również goryczy życia. Czy Czereśnie zawsze muszą być dwie sprostała moim wymaganiom i czymś mnie zaskoczyła?

Zosia Krasnopolska przez splot nieprzemyślanych decyzji poznaje panią Stefanię. Nastoletnia Zosia pomaga staruszce i traktuje ją jak członka rodziny. Między dziewczyną a starszą panią tworzy się coś na wzór przyjaźni – takiej, która wspiera w potrzebie i krytykuje, kiedy sytuacja tego wymaga. Pani Stefania nie zawsze jest zadowolona z wyborów Zosi, szczególnie jeżeli chodzi o wybór partnera życiowego. Wierzy jednak, że dziewczyna stawi czoła wszelkim przeciwnościom i odnajdzie szczęście i prawdziwą, wartą zachodu miłość. U progu dorosłości Zosi przyjdzie się zmierzyć z goryczą codzienności, nieszczęśliwie ulokowanymi uczuciami, nieprzemyślanym decyzjami i tajemnicami przeszłości, które rzucają się cieniem na przyszłość. Czy dziewczyna poradzi sobie z całym galimatiasem życia? Czy znajdzie miłość i szczęście?

Nie wiem właściwie, od czego powinnam zacząć opisywanie swoich uczuć po przeczytaniu tej książki. W głowie ciągle majaczą mi komentarze innych czytelników mówiących o tym, że Czereśnie zawsze muszą być dwie to najlepsza książka autorki. Ja niestety się z tym nie zgodzę i choć nie znam całości twórczości Magdaleny Witkiewicz, odrobinę jej już liznęłam i o ile w poprzednich książkach znalazłam coś dla siebie, tak w tej nie znalazłam nic, co jakoś szczególnie mnie zachwyciło czy choć wzbudziło we mnie minimalne emocje.

Pierwszym minusem, który mnie jednocześnie rozśmieszył i zirytował, jest wprowadzenie elementów paranormalnym do tej opowieści. Ja wiem, naprawdę rozumiej wiejskie zwyczaje, zabobony i inne tego typu gusła – nie spodziewałam się, jednak że spotkam takie coś w tej książce. Może jedno wspomnienie, jakieś mimochodem uchwycone byłoby do zniesienia o tyle znikające krzyże w środku lasu i duch, który musi zaznać spokoju, mnie nie przekonują. O wiele lepiej zniosłam tę książkę, gdyby nie wpłacanie w całość tych absurdalnych sytuacji.

Magdalena Witkiewicz miała naprawdę dobry pomysł na fabułę. Lubię bohaterów, którzy cierpią, znoszą kolejne ciosy od losu i pomimo przeciwności potrafią się podnieść i odnaleźć w życiu złoty środek. Tutaj jednak zawiodło wykonanie. Zazwyczaj Witkiewicz potrafiła wzbudzić we mnie jakieś emocje, tym razem jej się nie udało. Książka była pisana jakbym na szybko, autorka nie przywiązuje wagi do dramatów, mam wrażenie, że kolejne wydarzenia nijak wpływają na bohaterów. Zosia przeżywa coś, co dla kobiety powinno być traumatyczne. Ona jednak szybko przechodzi do porządku dziennego, buduje świat na nowo jakgdyby nigdy nic. Akcja pędzi zbyt szybko, wydarzenia zderzają się ze sobą, nie wywołując w bohaterach żadnych zmian, nie wpływając na nich i niestety nie wzbudzając emocji.

Jedynym plusem, jaki odnalazłam w tej historii, są opowieści o przeszłości pani Stefani, o tym, co działo się w dworku odziedziczonym przez Zosię. To było naprawdę wciągające i zaskakujące. Książkę czyta się błyskawicznie, jednak nie zapadła mi w pamięć, nie zatraciłam się w historii i nie zakochałam w bohaterach. Magdalena Witkiewicz często powtarza na swoim fanpage, że gonią ją terminy, obawiam się, że w przypadku tej książki ważniejsze było zamieszczenie się w wyznaczonym przez wydawcę terminie niż dopieszczenie strony emocjonalnej historii – wiem, że autorkę stać na więcej.

Czereśnie zawsze muszą być dwie to lekka sielska obyczajówka, nie zapadnie mi w pamięć, nie będę wracała do tej historii. Ja w książce potrzebuję emocji – na pierwszym planie tylko to, jak historia jest opisana w sposób ich pozbawiony, to dla mnie jest niestety, ale przecinkiem między lepszymi powieściami.





Czereśnie zawsze muszą być dwie
Magdalena Witkiewicz 
Literatura obyczajowa
Wydawnictwo Filia

Książka przeczytana dzięki współpracy z księgarnią Tak czytam 



Nasze jutro Daria Skiba [Patronat medialny]

Nasze jutro Daria Skiba [Patronat medialny]


 
Daria Skiba w maju tego roku zadebiutowała powieścią Uwolnij mnie. Miałam okazję czytać debiut autorki, byłam naprawdę mocno poruszona problematyką poruszaną w powieści, moje emocje potęgował fakt, Daria zakończyła Uwolnij mnie w najmniej oczekiwanym momencie, zostawiając czytelnika w zawieszeniu. Nic dziwnego, że kiedy tylko nadarzyła się okazja przeczytać kontynuację przedpremierowo, nie zawahałam się ani przez chwilę musiałam znać dalsze losy Diany i Alana. Czy autorka sprostała moim wymaganiom? Zaskoczyła? Czy spoczęła na laurach, nie doskonaląc swojego pióra?

Nasze jutro to kontynuacja losów Diany i Alana — ich drogi życiowe są kręte i niejednokrotnie wyboiste. Muszą stawiać czoła wielu problemom i przeciwnościom — pomaga im w tym uczucie, które pomimo lat nie słabnie i nie wypala się. W fabule zagościły też nowe postacie — Maja i Szymon. Młodzieńcza, silna i ponadprzeciętna miłość. Wielka pasja do tańca, muzyki i tajemnice, które zagrażają najbardziej szczęśliwej rodzinie. Czy życie Diany po koszmarze, jaki zgotował jej Patryk, jest w stanie wskoczyć na właściwe tory? Czy Szymon i Maja są sobie pisani i jakie tajemnice skrywają oboje? Czy Alan udźwignie problemy Diany i wszelkie fobie?

Daria Skiba w książce Nasze jutro zrobiła niezły galimatias z narracją. Narratorem jest każdy z czwórki głównych bohaterów, tak naprzemiennej narracji chyba jeszcze nie spotkałam — wydawać się może, że zamieszanie nie pozwoli na odnalezienie się w fabule. Nic bardziej mylnego, jestem w szoku, że autorce udało się to poplątanie utrzymać w ryzach, nie pogubić w tym i co najważniejsze nie zaburzyć płynności przejścia między jedną narracją a drugą. Zagranie fenomenalne — jestem pod wrażeniem. Takie pomieszanie w narracji nie jest też przypadkowe, dzięki temu Darii udało się przelać na papier emocje każdego bohaterów — doszlifować postacie poznane w pierwszym tomie i dobrze wykreować nowych bohaterów. Autorka stworzyła książkę, która jest jednocześnie dojrzałą i pełną emocji powieścią obyczajową, a z drugiej strony jest to lekka, zaskakująca powieść w popularnym nurcie new adult. To zaskakujące pomieszanie dwóch gatunków wyszło na dobre całej powieści, myślę, że dzięki temu w książce odnajdzie się zarówno młoda dziewczyna, jak i kobieta szukająca bohaterek z dorosłymi i znaczącymi problemami.

Przyznam wam, że na początku, kiedy zaczęłam czytać Nasze jutro, byłam zaszokowana. Spodziewałam się, że Daria coś namiesza — nie myślałam jednak, że zaskoczy mnie do tego stopnia. Moja pierwsza myśl po przeczytaniu kilku pierwszych strony była „Daria przekombinowałaś”, jednak zdanie zmieniłam szybciej, niż można się tego spodziewać. Owszem Daria postanowiła niekonwencjonalnie poprowadzić fabułę drugiego tomu, myślę, że żaden czytelnik nie spodziewa się takiego rozwiązania i pójścia z fabułą w tę stronę. Tym bardziej jestem usatysfakcjonowana, bo Daria nie od razu odkrywa wszystkie karty, trzyma czytelnika w niepewności, dawkuje napięcie i buduje emocje. Chapeau bas!

Ja już wspomniałam, w powieść znajdziemy dojrzałą i piękną miłość — wątek tej miłości po przejściach wyszedł naprawdę zaskakująco dobrze. Autorka nie pokazuje jednak tylko tego, co piękne, ujawnia również słabości bohaterki, urzeczywistnia jej traumy, pokazuje, że podniesienie się po ciężkich przeżyciach wymaga czasu, a i czas nie gwarantuje, że koszmary dawnych dni nie będą się rzucały cieniem na teraźniejszość. Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób został pociągnięty wątek Diany — autorce udało się uchwycić jej strach, pokazać, że pomimo beztroski, jaką stara się kreować, gdzieś tam w głębi duszy żyją w niej wydarzenia minionych lat, a blizny pozostawione na psychice nie tak łatwo zatuszować.

Jest też wątek Mai i Szymona — który był jednocześnie uroczy, aczkolwiek również pełen emocji. Ja, pomimo upływu czasu, nadal uwielbiam historie miłosne z udziałem nastolatków, o ile wszystko jest subtelnie i dobrze napisane. Tutaj było dobrze, pięknie, momentami słodko, acz słodycz brutalnie przełamana została goryczą życia. W dodatku postać Majki Daria wlała hektolitry miłości do tańca z ogniem. Każdy moment owego sportu opisywany przez autorkę sprawiał, że miałam ochotę sama dać się porwać emocjom związanym z takim tańcem. W dodatku, kto śledzi profil autorki, ten wie, że Darii taniec z ogniem nie jest obcy — sama tańczyła. A miłość, jaką włożyła w opisywanie scen związanych z tańcem z ogniem, bije na odległość.

Na zakończenie jeszcze tylko kilka słów o warsztacie Darii. W recenzji Uwolnij mnie (klik) pisałam, że jedyne, co mi przeszkadzało, to nieumiejętne wplatanie retrospekcji, które niszczyły płynność czytania. Tutaj tego nie ma, a co za tym idzie, Daria jest na dobrej drodze — nie spoczęła na laurach, szlifuje warsztat i wierzę, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Z ręką na sercu mogę również przyznać, że choć Uwolnij mnie było cięższego kalibru — emocje były zupełnie inne — to jednak bliższe mojemu sercu jest Nasze jutro. Emocje są opisane w zupełnie inny sposób, autorka wlała w moje serce przeróżne uczucia i pokazała, że potrafi mnie rozczulić, zezłościć i rozkochać jednocześnie.

Nasze jutro to naprawdę dobra kontynuacja, moim zdaniem przerosła pierwszą część. Jest inna, zaskakująca, pełna tajemnic i emocji. Jest pozycją obowiązkową dla wszystkich, którzy przeczytali Uwolnij mnie, a jeżeli ktoś jeszcze tego nie zrobił, to jest to najlepszy moment, żeby nadrobić zaległości.
 
 

Nasze jutro
Kontynuacja Uwolnij mnie.
Autor: Daria Skiba
Wydawnictwo: Wydawnictwo Vectra
Data wydania:
1 października 2018 r.
Liczba stron:
360
Romans
 
 
 
 
 
Na zakończenie garstka cytatów:
 
 


 
 

Without Merit Colleen Hoover

Without Merit Colleen Hoover




Colleen Hoover to autorka, którą uwielbiam, a jej książki mogę brać w ciemno i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Dlatego też nie zastanawiałam się długo przed sięgnięciem po Without Merit, pomimo że wszyscy ostrzegali mnie, że nie jest to typowa Hoover, ja byłam pewna, że mnie do siebie przekona. Lubię nowe odsłony ulubionych autorów. W dodatku Without Merit jest wydana w niesztampowej i urokliwej oprawie — nie ocenia się książki po okładce, ale ta przyciąga wzrok. Czy pod pięknym opakowaniem kryje się wartościowe wnętrze?

Merit to młoda — siedemnastoletnia — dziewczyna. Nie jest jednak typową nastolatką, a jej życie nie kręci się wkoło błahych spraw. Sytuacja rodzinna dziewczyny jest mocno skomplikowana, granicząca z patologiczną, w jednym domu mieszka jej schorowana matka, ojciec z nową żoną i potomkiem tego związku, oraz rodzeństwo Merit — siostra bliźniaczka i zawsze idealny brat Utah. Na domiar złego rodzina mieszka w odremontowanym kościele — co dodaje absurdu całej sytuacji, ponieważ żadne z nich nie jest specjalnie wierzące. W tej rodzinie ponad wszystkim absurdami znajdzie się też spora ilość tajemnic, które skrywane latami w końcu zaczynają wychodzić na światło dzienne... Ta rodzina to największy galimatias, jaki spotkałam w książkach, ale wszystko wygląda inaczej z innej perspektywy.

Cała książka jest napisana narracją pierwszoosobową z perspektywy głównej bohaterki Merit. Bohaterka nie jest postacią łatwą do zrozumienia, irytowała, nie wzbudzała mojej sympatii, nie potrafiłam się wczuć w tę postać, nie potrafiłam jej współczuć, miałam wrażenie, że rozdmuchuje średnio ważne sprawy do rangi olbrzymich problemów. Miałam wrażenie, że to, co dzieje się w jej głowie nie jest zbyt istotne — byłam przekonana, że przesadza i chciałam, żeby w końcu się opamiętała, przestała nad sobą użalać i doceniła to, co ma. To nie ludzie opuścili ją, to ona stopniowo każdego dnia oddalała się od bliskich. Po skończeniu książki czuję do siebie żal, że w taki sposób oceniałam bohaterkę — swoją opinią zachowałam się jak przeciętny człowiek nierozumiejący osób z zaawansowaną depresją. Nie potrafiłam zrozumieć, czego ta dziewczyna chce jeszcze od życia, skoro ma dużo — nie miała różowo, kolorowo i szczęśliwie, ale inni przecież mają gorzej, prawda? Dzięki Colleen Hoover zrozumiałam, że na wszystko trzeba spojrzeć z innej perspektywy i strać się rozumieć więcej, nie oceniać powierzchownie.

Doceniam tę książkę za to, że Hoover porusza w niej istotne problemy społeczne, które chcąc nie chcąc są żywe we współczesnym środowisku i pomimo ogólnodostępnych źródeł informacji, nadal są bagatelizowane. Autorka w Without Merit zwraca uwagę na wiele skrajnie różnych przypadłości, zaburzeń. Stworzyła wachlarz postaci, a każda z nich zmaga się z własnymi demonami, słabościami i przeciwnościami. Myślę, że bohaterowie tej książki, wszyscy, bez żadnego wyjątku, powinni udać się na terapię do psychiatry, każdy z nich ma zaburzenia, do których nie potrafi się przyznać sam przed sobą. No może prawie każdy jedyny Utah pomimo wszystko jest normalny — choć nie do końca radzi sobie z akceptacją samego siebie i przyznaniem przed bliskimi do swoich małych sekretów.

Chyba właśnie przez nagromadzenie tak skomplikowanych postaci książka ta jest zupełnie inna niż dotychczasowe powieści Hoover. Nie ma tu jednego wątku głównego, panuje chaos, który jest kontrolowany i nie sprawia, że czułam się zagubiona w czasie lektury. Colleene Hoover wyłamała się ze schematów, stworzyła coś, co nie jest do końca typową powieścią młodzieżową. Gdzieś w tle upycha wątek miłosny, który zupełnie tutaj nie pasuje — nie liczy się, nie jest słodkim schematycznym wątkiem, który od początku jest do przewidzenia. Książka jest napisana w taki sposób, że nie sposób w niej cokolwiek przewidzieć. Wiadomo, że bohaterowie skrywają tajemnie, wiadomo, że Merit nie radzi sobie z ukrywaniem wszystkich sekretów, jednak nie wiadomo, co tak naprawdę kryje się za tymi osobami. Nie wiemy, gdzie zaprowadzi nas kolejny rozdział i co wydarzy się za moment.

Without Merit jest też zupełnie inaczej napisana niż poprzednie książki Hoover i nie chodzi tu o budowanie fabuły, a o styl. Autorka tym razem postawiła na wiele wewnętrznych monologów głównej bohaterki, które mogą denerwować, momentami czułam irytację, kiedy Merit znów zaczynała rozmawiać sama ze sobą, z drugiej jednak strony wiem, że gdyby nie te monologi nigdy nie zrozumiałabym tej bohaterki, nie pojęła jej zachowań. W książce nie znajdziemy też zastraszającej ilości dialogów, jest ich naprawdę niewiele, a to wszystko przez to, że przez lata Merit odcięła się niemalże od wszystkich członków rodziny. Nie jest to książka, która pochłania się w jeden wieczór. Nie czytałam jej z zapartym tchem, ponieważ wymagała ode mnie zaangażowanie i przeanalizowania poszczególnych sytuacji. Przyznam szczerze, że kiedy już zmęczyłam tę książkę, miałam ochotę ocenić ja naprawdę nisko — ponieważ momentami było nudno i monotonnie. Jednak postanowiłam pozwolić dojrzeć tej historii w mojej głowie, przeanalizować ją i zrozumieć, co chciała nam przekazać Hoover — rozumiem jej przesłanie, rozumiem wartość tej książki, jestem zadowolona, że autorka pokusiła się na takie potraktowanie problemów. Jednak jest coś, za co zawsze kochałam Hoover — za wyjątkową umiejętność pisania o emocjach. Tutaj mi tego zabrakło, mam wrażenie, że Colleen Hoover za bardzo skupiła się na wiarygodnym przedstawieniu problemów na rozwinięciu i zamknięciu wątków, że zapomniała włożyć w to wszytko emocji. Choć Merit to postać sprzeczna i pełna wewnętrznych konfliktów, z ręką na sercu przyznaję, że nie ma w niej uczuć. Choć problemy są ważne i dobrze, że ktoś o nich mówi, to ja jednak nie czułam nic, czytając tę książkę. Doceniam ją, jednak raczej do niej już nie powrócę — to nie ten typ lektury.


Without Merit
Colleen Hoover
Tłumaczenie:
Matylda Biernacka
Wydawnictwo:
Moondrive
Tytuł oryginału:
Without Merit
Data wydania:
20 czerwca 2018
Liczba stron:
320
Literatura obyczajowa

Książka do kupienia w 

Zobaczcie również bestsellery  na Tania ksiażka.pl
Bez słowa Rosie Walsh [Przedpremierowo]

Bez słowa Rosie Walsh [Przedpremierowo]

 
 
Kilka dni może zmienić nasze całe życie. Ludzie, którzy pojawili się w naszym życiu zupełnie przypadkiem, są w stanie wywrócić nasz mały świat do góry nogami i pozostawić po sobie zgliszcza...

Sarah przypadkiem poznaje Eddego, spędzają wspólnie najcudowniejszy tydzień, jaki tylko można sobie wymarzyć. Niestety niczym gradowa chmura wisi nad nimi widmo rozstania, obiecują sobie pozostać w kontakcie, zanim nie pozałatwiają swoich spraw i nie wymyślą recepty na wspólne jutro. Wszystko się komplikuje, gdy Eddie przepada niczym kamień w wodę, nie daje znaku życia, zwyczajnie przepada, jest dla Sarah niczym sen, który śniła przez ostatni tydzień. Przyjaciele radzą jej zapomnieć o tej historii, pielęgnować wspomnienia, ale nie liczyć na spektakularne zwrot akcji. Ona jednak nie potrafi odpuścić, czuje, że stało się coś złego i milczenie Eddiego jest podszyte czymś bardzo istotnym. Czy Sarah odnajdzie utraconą miłość i najważniejsze, co takiego ma do ukrycia Eddie i co się z nim stało po zniknięciu z życia Sarah?

Książka Bez słowa to opowieść, która została podzielona na dwie części. W pierwszej mamy narrację tylko pisaną z perspektywy Sarah — muszę przyznać, że pierwsza część strasznie mnie irytowała, nudziła. Rozumiem, że autorka chciała zbudować napięcie, wzbudzić w czytelniku ciekawość, jednak nadmierną liczbą zapychaczy i scen nic niewnoszących do fabuły zabijała mój zapał do czytania. Właściwie tylko ta ciekawość, co stało się z Eddim, trzymała mnie przy lekturze. W drugiej części z kolei akcja pędzi wręcz na łeb na szyje dzieje się wiele i w niewielkim czasie. Uważam, że wadą tej opowieści jest przydługi początek.

Po przejściu przez pierwszą część byłam naprawdę znudzona piórem Rosie Walsh i kreacją głównej bohaterki, która moim zdaniem była rozlazła i nijaka. Na szczęście warto przetrwać mozolność i nijakość, bo w drugiej części autorka pokazuje, że jednak potrafi pisać i całkiem nieźle wychodzi jej urzeczywistnianie postaci i kreowanie wątków miłosnych, rodzinnych. Wielkim plusem całości jest tajemnica, która wisi gdzieś tam nad fabułą i mimo niewielkich zgrzytów z początkiem przyciągnęła mnie na tyle, że musiałam dowiedzieć się, co tam takiego się wydarzyło i dlaczego w ten, a nie inny sposób postąpił główny bohater.

Na szczęście tajemnica nie okazała się wybujałą historyjką, która mogłaby mnie rozczarować i po której mogłabym stwierdzić, że nie warto było czekać na rozwiązanie. Rosie Walsh mnie zaskoczyła, sprawiła, że w książce odnalazłam ten bliżej nieokreślony i nienazwany efekt wow, dla którego inne wady przestają istnieć, a książka staje się czymś, do czego z chęcią się będzie wracać.

Rosie Walsh potrafi wzbudzić emocje, zarówno te negatywne, jak i pozytywne. Potrafiła wcisnąć ze mnie łzy, zaangażować mnie i pomimo braku sympatii do głównej bohaterki, potrafiłam jej współczuć, czuć jej emocje. Za te emocje i nieprzewidywalność Bez słowa plasuje się wysoko na mojej liście najlepszych i nawet te drobne wady początkowe, nie są w stanie przyćmić całości. Tak emocjonującej opowieści pełnej niespodziewanych zwrotów akcji, zaskakujących momentów i miłości, która naprawdę nigdy nie powinna zaiskrzyć, dawno nie czytałam. Bez słowa polecam wielbicielom powieści obyczajowych i przede wszystkim czytelnikom, którzy mają w sobie, choć odrobinę wrażliwości a emocje zawarte w książkach są dla nich istotne.
 
 
PREMIERA: 1.10.2018 r.
Bez słowa
Rosie Walsh
Tłumaczenie: Aleksandra Szymił
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału:
Ghosted
Literatura obyczajowa
Tylko twók Vi Keeland

Tylko twók Vi Keeland




Plaża, woda, wyjątkowy klimat, letni flirt, niespodziewane zauroczenie? Brzmi pięknie? Niekoniecznie...

Sydney zrywa zaręczyny, decyduje się jednak pojechać na opłaconą już podróż poślubną. Wraz z przyjaciółką udają się na Hawaje i zmierzają zaszaleć. Żar leje się z nieba, gorąc uderza do głowy, a letnia przypadkowa znajomość przemienia się w seks bez zobowiązań. Czy letni związek okaże się czymś więcej? Jak potoczy się relacja Jacka i Sydney?

Zupełnie nie wiem, od czego zacząć pisanie o książce Tylko twój. Może zacznę od dobrych stron – szalenie podoba mi się okładka książki, a przepiękny odcień niebieskiego cieszy moje oko. Na tym niestety dla mnie kończą się plusy.
Czytając Tylko twój, na zmianę zerkałam na liczbę stron, aby wiedzieć, ile jeszcze zostało mi do końca i na okładkę – aby sprawdzić, czy ta powieść na pewno jest pisana przez Vi Keelend. Zabrakło mi w tej książce wszystkiego, za co tak bardzo lubię książki Vi. Przede wszystkim specyficzny humor Keeland, którego tutaj nie włożyła ani grama, nad czym szalenie ubolewa. Podobnie z jest z kreacją wątku miłosnego, cenię Keelad za to, że zazwyczaj powolnie, a jednak intrygująco prowadzi akcję. Tutaj było mdło i nijako od pierwszych stron. Relacja bohaterów nie opiera się na żadnych emocjach, nie czułam miłości, ważniejszych uczuć, Keeland postawiła tylko na cielesność, którą strasznie mnie przytoczyła. Zanim doszłam do setnej strony, miałam wrażenie, że bohaterowie uprawiali seks częściej niż prostytutka w pracowity wieczór. W dodatku z każdą kolejną sceną zbliżeń moje napięcie odchodziło, ustępując miejsca nudzie, ponieważ Keeland nie wyzbyła się setek powtórzeń w scenach seksu, czego po pierwszych zbliżeniach miałam już dość, a każdy kolejny seks miałam ochotę przekartkować.
Myślałam, że Vi Keeland mnie jednak czymś zaskoczy. Podróż poślubna Sydney dobiega końca, więc relacja z Jackiem wpadnie na inny poziom emocji. Niestety po raz kolejny miałam wrażenie, że autorka dokądś się śpieszy i pędzi z akcją na łeb na szyję, nie zważając na opis żadnych emocji.

Tylko twój to pierwszy tom serii, ja jednak raczej nie sięgnę po kontynuację, ponieważ czuję się mocno zawiedziona tą książką. Dla mnie to najsłabsza pozycja, jaką czytałam spod pióra Vi Keeland i uważam, że stać ja na wiele więcej, niż to, co zademonstrowała w Tylko twój. Może kilka lat temu, na fali takich erotyków Tylko twój miałby spore przebicie, dziś jest jednak dla nie niczym niewyróżniającą się i okropnie płytką książką. Bohaterowie papierowi do granic możliwości, problemy opisane po łebkach, emocje drzemiące w bohaterach opisane zupełnie bez pomysłu, bez polotu bez uczuć...

Tylko twój może spodobać się niewymagającym czytelnikom, którzy chcą lekkiej, płytkiej lektury w sam raz na jeden raz. Ja tym razem czuję się zawiedziona, tej serii już nie dam szansy, ale z innych powieści Keeland nie zrezygnuję, bo wiem, że potrafi wzbudzić we mnie emocje, rozśmieszyć mnie i zaintrygować sposobem budowania fabuły. Tutaj zabrakło mi wszystkiego, za co cenie Keeland stąd tak wielki mój zawód.
 





 
 
Tylko twój
Vi Keeland
Tłumaczenie:
 Gabriela Iwasyk
Cykl: 
Cole (tom 1)
Wydawnictwo:
 Wydawnictwo Kobiece
Tytuł oryginału:
Belong to You
Data wydania:
20 lipca 2018
Liczba stron:
320
Romans
Copyright © 2014 Książko, miłości moja. , Blogger